czwartek, 5 listopada 2015

AoKaga- A może jednak szczęście? Cz.4

Wasza blogerka, aniołek (czy jak tam na mnie mówicie... XD) dodała ten oto nowy, yaoistyczny rozdzialik ^^ Jak się już pewnie zdążyliście zorientować, kocham AoKaga <3 Mam nadzieję, że ten paring w mojej ,,cudownej" wersji przypadł Wam jako tako do gustu ;)

 Pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich, którzy to przeczytają!!!! :*****
___________________________________________________________________________________
~Kagami~

  Dlaczego musiałem spalić takiego buraka, gdy przypadkiem na niego wpadłem?! Drugi raz na nim leżałem! To było takie gejowskie i… i… całkiem… przyjemne…? Nie, to tylko szok. Jestem w stu procentach hetero! No może w dziewięćdziesięciu dziewięciu…? E tam. Chłopcy mnie nie interesują. Wprawdzie nie mam dziewczyny, ale to nic nie znaczy. Po prostu do tej pory żadna nie wpadła mi w oko. Nie kręcą mnie duże cycki (owszem, są ładne, ale bez przesady) i wypięty tyłek. Szukam tej jedynej, właściwej, z którą będę mieszkał do końca życia. Przyznam szczerze, że czasem czuję w swoim mieszkaniu samotny, ale na szczęście głównie jem w nim śniadania i kolacje, śpię, oglądam czasem telewizję, nawet mam w nim od czasu do czasu gości, jakimi są najczęściej koledzy z drużyny, a ostatnio też Aomine. W ogóle ten kretyn bezkarnie wprasza się do mojego mieszkania i zżera mi jedzenie! Już ja mu się kiedyś odwdzięczę! Tak go ogram, że się nie pozbiera. Ale z drugiej strony… Zacząłem się nawet do tego przyzwyczajać. Wprawdzie był u mnie dopiero dwa razy (pomijam fakt, że raz to zasnął mi na kanapie), lecz czuję, że wkrótce znów do mnie wpadnie. Te jego niezapowiedziane wizyty są nawet znośne. I sprzeczki z nim to już taka jakby pewna tradycja. Nie ma spotkania, na którym bym się z nim o cokolwiek nie pokłócił. Na dodatek teraz mam z nami trenować przez kilka dni… W sumie to dobrze, bo może podpatrzę u niego jakieś ciekawe ruchy, których ma sporo, co przyda mi się w kolejnych meczach. Nie żebym uważał go za jakiś autorytet, skąd! Po prostu… Jego gra jest… niezwykła. Tak, przyznaję się do tego, ale tylko w duchu. W życiu nie wypowiem tego na głos. Nigdy nie widziałem takich rzutów, a o prędkości to już nie wspomnę. Jest najlepszym członkiem Pokolenia Cudów, co nawet oni sami muszą przyznać. Jestem bardzo ciekawy, jak będą wyglądały treningi z nimi. Pewnie Akashi ostro zacznie… Ale czemu mam w ogóle z nimi ćwiczyć?! Jakby mi wycisk Riko nie wystarczał.

 Usiadłem na kanapie, gdzie jeszcze kilka minut siedział Aomine. Spojrzałem na puste miejsce i nagle poczułem jakieś dziwne ciepło, zrobiło mi się gorąco. Nie, to tylko… Pewnie włączyły się kaloryfery. Tak, to na pewno to. Wprawdzie jest koniec lata, ale to nieistotny szczegół. Może jeden z pracowników pił albo pomyliły mu się zawory… Zawsze jakieś rozwiązanie.

 Włączyłem telewizor i znalazłem jakiś horror. Na początku mnie nawet wciągnął, ale po chwili zacząłem myśleć o pewnym kretynie, który zeżarł mi pół kolacji i nawet nie podziękował! Ktoś go w końcu musi nauczyć dobrych manier. Ja nie wiem, jak matka z nim w domu wytrzymuje? I współczuję też jego przyszłej żonie. Pewnie ciągle będzie musiała po nim sprzątać, upominać go, zajmować się dziećmi, a na dodatek dzielić z nim jedno łóżko. Ktoś go w ogóle pokocha? Przecież to skończony idiota, który chyba cudem jakimś zdał do liceum! I poza koszem to jest dobry… Hm… tak na oko to w niczym. No chyba że w seksie, bo sądząc po poziomie jego zboczeństwa, robił to już nie jeden raz.

 Zaraz, zaraz… Czemu o nim myślę?! Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, ma natychmiast wynosić się z mojej głowy. I zabierać ze sobą to umięśnione ciało oraz niebieskie oczy.

 Fuck, nie wyszło. Ciągle tylko on, on i jeszcze raz ON. Jakby był nie wiadomo kim. Zwykły kretyn, który wprasza się bez pozwolenia do mojego mieszkania, je u mnie ZA DARMO, śpi też ZA DARMO, wpycha się na MOJĄ kanapę i jeszcze MNIE poucza! No skandal po prostu! Nie zdziwiłbym się, gdyby on kiedyś trafił do więzienia za gwałty, pobicia lub za samo swoje irytujące istnienie. Ja to już bym go gdzieś zamknął i wypuszczał tylko na mecze, treningi i one-on-one. Mimo wszystkich jego wad, których ma naprawdę sporo, a mógłbym wymieniać aż do rana, lubię z nim grać. W jego grze jest coś, co powoduje, że cały czas chce się na nią patrzeć. I na jego pracujące mięśnie, kropelki potu spływające po jego karku, ruchy rękoma, lekko powiewające włosy.. STOP! Wracając do jego GRY. Bardzo przypomina uliczną koszykówkę i może właśnie dlatego, że nie ma jednego, głównego stylu, trudno go pokonać. A jak dochodzi szybkość, refleks i ta przeklęta umiejętność rzucania z każdej pozycji, to powstaje prawdziwy potwór. Ale jak sobie przypomnę jego grę w ZONE, to aż mnie kłuje w klatce piersiowej z zazdrości. Chciałbym tak grać, lecz wiem, że nigdy mi się to nie uda. Nie zdołam się nauczyć jego nieregularnych rzutów, nie będę miał aż takiego dobrego refleksu, dlatego muszę znaleźć swój własny styl i jeszcze bardziej przyłożyć się do treningów. Szczególnie tych piątkowych.

 Na samą myśl o spojrzeniu Akashiego przechodzą mnie nieprzyjemne ciarki. A jak pomyślę o treningu z nim, to… Brr! Aż mi się zimno zrobiło.

 Wstałem z kanapy i skierowałem się do łazienki, z zamiarem wzięcia ciepłego prysznica. Coś czuję, że to będzie ciężka noc…

 

 ~Aomine~

 Nadal ogarniało mnie jakieś dziwne i niechciane uczucie, gdy wspominałem tę wpadkę na kanapie u Kagamiego. To, że jest skończoną ofermą, nie znaczy, że może się na mnie tak bezkarnie kłaść! Halo, należy szanować cudzą przestrzeń osobistą! Mówię to ja, zajebisty Aomine Daiki. Nawet taki pojeb powinien wiedzieć, że na gości się nie rzuca! Powinno się ich traktować z szacunkiem, a on chciał mnie wywalić ze swojego domu. Jak ktoś taki może być w ogóle lubiany? Nie no, może trochę przesadzam, ostatecznie mogę mu wybaczyć, bo zrobił naprawdę pyszną kolację. W sumie to mógłbym częściej do niego na żarcie wpadać. Mama nie zawsze ma czas na robienie obiadu, a ja nie musiałbym płacić za coś na mieście. Darmowe, domowe i smaczne jedzenie przygotowane przez tego kretyna szybko zdobyło u mnie wielkiego plusa. No gdyby tylko miał cycki… Wtedy byłby dziewczyną idealną, a tak… Chociaż ładnie by z cyckami wyglądał. Jeszcze by mu dorobić wcięcie w talii, lekko umalować i zmienić nieco poszczególne proporcje, a powstałaby kobieta idealna. Nie tylko do kuchni, ale też do macania i seksu. No przecież przyjemność w związku też musi być, nie?

 Głośno westchnąłem i przeciągnąłem się. Jutro znów czeka mnie trening z tymi słabeuszami, więc chyba powinienem się wyspać… Ale moja Mai-chan nie może zostać tak sama na łóżku! Chyba przez pewien czas muszę jej dotrzymać towarzystwa i zobaczyć, co ma do zaoferowania. Tak, pół godzinki nie zrobi większego znaczenia. Godzinka w sumie też nie. Półtorej…? Dwie…? E, to już przegięcie. A znając Riko da jutro niezły wycisk. Bogowie, czemu mnie taka kara spotkała? Na dodatek te treningi z Akashim w piątki… To będą istne tortury, które przeżyją tylko nieliczni. Wprawdzie w gimnazjum trenowaliśmy tak praktycznie codziennie, to znając tego psychola, będzie zadawał trzy razy więcej ćwiczeń, a za każde, nawet najmniejsze, obijanie się, zapozna cię ze swoimi nożyczkami. Uwierzcie, to wcale nie są miłe spotkania. Kilkakrotnie doświadczyłem tego na własnym policzku i wolałbym już tego nie powtarzać.

 

 Czy ten budzik nie zna znaczenia słowa ,,umiar”? Dzwoni od kilku minut i nie raczy się wyłączyć. Przez niego musiałem zmarnować część swojej wartościowej energii i podnieść się, by go uciszyć. Skandal! Powinni mi za to odszkodowanie wypłacić.

 - Daiki, wychodzę! – usłyszałem krzyk mamy z dołu. Zawsze wychodziła rano do pracy i wracała najczęściej wieczorem. Chociaż raz na kilka tygodni zdarzają się dni, kiedy wraca po południu.

 - Jasne, pa! – odkrzyknąłem i przeciągnąłem się.

 Chyba jednak wypadałoby wstać. Najpierw czekają mnie nudne lekcje, z których i tak nic nie zapamiętam, a jeśli na nie nie przyjdę, to Satsu mnie porządnie opieprzy, a potem trening z Seirin i wkurzanie dwubrwiowej małpy. Akurat ostatni punkt najbardziej mi się podoba. Muszę pomyśleć o jakiś ciętych ripostach i głupich żartach, by go jeszcze bardziej wkurzyć i zawstydzić.

 Nagle przypomniała mi się jego zarumieniona twarz, gdy na mnie upadł. I znów to dziwne uczucie w klatce piersiowej… Cholera, nie mogę się na niczym skupić! Ten drań ciągle wpycha się w moje myśli i nie daje mi się skupić! Muszę go za to opierdolić, w końcu nikt nie ma prawa mi przeszkadzać, nawet, jeśli on o tym kompletnie nie wie. A to, że siedzi w mojej głowie od jakiegoś czasu, to pewnie wina… obfitej kolacji, o! Tak, to logiczne wytłumaczenie. Po prostu wczoraj za dużo zjadłem. Ech, pora ograniczyć wieczorne żarcie. Szczególnie u tego kretyna.

 ~Kagami~

 - Kuroko, czemu muszę łazić na te treningi w piątki? – wyżalałem mu się ze swoich obaw. – Nie żebym nie chciał, bo mogę się tam sporo poduczyć, ale to chyba jednak nie jest najlepszy pomysł…

 - Kagami-kun,  zapytaj o to w piątek Akashiego-kuna – odpowiedział z pełną powagą i typowym poker facem na twarzy. – On ci wyjaśni.

 - Ta, jeśli wcześniej mnie nie przebije nożyczkami na wylot – mruknąłem.

 Szliśmy właśnie na trening. Jutro czeka mnie męczarnia z całym Pokoleniem Cudów, więc muszę się do tego psychicznie nastawić.

 - Muszę jeszcze skoczyć po coś do sklepu- odezwał się nagle Kuroko. – Nie czekaj na mnie, i tak nikt nie zauważy mojej nieobecności. Prawdopodobnie zejdzie mi się kilka minut.

 - Jasne – burknąłem, po czym odszedłem, zostawiając go przed sklepem.

  Treningi z tą bandą kretynów oznaczają więcej spotkań z nimi, więcej mordęgi i … więcej… więcej widywania Aomine. Ten idiota nie chce wyleźć z mojej głowy. Ciągle o nim myślę. Nie tylko o grze, ale głównie (o zgrozo!) o ciele. Dobrze wyrzeźbione mięśnie, wysportowany, szczupły, wysoki… Ciekawe, jaka jest jego skóra… Gdyby tak choć raz jej dotknąć..

 NIE! On jest FACETEM!

 Zacisnąłem dłonie w pięści. Jak tak dalej pójdzie, to chyba przeprowadzę się do psychiatryka.

 - Yo, Bakagami! – usłyszałem nagle głos niebieskowłosego głąba.

 Odwróciłem się niechętnie i zobaczyłem, że przechodził przez pasy. Zatrzymałem się i poczekałem, aż do mnie dojdzie.

 - Cześć, Ahomine – burknąłem.

 - A coś ty taki nie w sosie?

 - N-Nic – czemu się zająkałam?

 - E, no przyznaj się! Dziewczyna ci dała kosza?

 - N-Nie! Przecież nie mam dziewczyny!

 - No ale może chciałeś mieć lub COŚ jej zaproponowałeś, a ona się fochnęła?

 - Morda, zboczeńcu! – podniosłem głos. Czy on zawsze musi myśleć o TYCH rzeczach? Co ona ma w głowie? Penisa? Spermę? Cóż, jedno wydaje mi się pewne- mózgu u niego brak. Albo zwyczajnie w świecie nie potrafi go używać.

 - Mnie się nie wygadasz? – zagadnął.

 - Szczególnie tobie się nie wygadam! W dodatku nie potrzebuję rozmowy!

 - Ta, właśnie widzę – mruknął. – To co? Ktoś ci wpadł w oko?

 Czy on nie wie, kiedy należy skończyć? Po co drąży ten temat? Nawet, jeśli byłaby taka osoba, to on dowiedziałby się o tym ostatni.

 - Nie – odwróciłem głowę.

 - Kłamiesz – stwierdził. – Odwróciłeś wzrok. Tetsu mi kiedyś mówił, że ludzie tak robią, jak nie mówią prawdy.

 Więc on jednak potrafi używać mózgu! Ludzie, Aomine Daiki, największy idiota, jakiego znam, użył dziś mózgu! Nie no, ten dzień trzeba gdzieś zapisać lub ogłosić świętem narodowym. A najlepiej jedno i drugie. Toż to cud jest! Ktoś tak tępy umie myśleć… No kto by pomyślał…

 - E, zawiesiłeś się? – usłyszałem jego pytanie.

 - Nie twoja sprawa – burknąłem i spuściłem głowę, by ukryć lekkie rumieńce.

 - Ale z ciebie wstydzioch – zaśmiał się, po czym zarzucił swoje ramię na moją szyję.

 Zrobiło mi się dziwnie gorąco. Z jednej strony miałem zamiar zrzucić jego rękę, ale z drugiej, jego bliskość mi odpowiadała. Czułem się jednocześnie niekomfortowo i byłem… zadowolony. To chore. Kilka miesięcy temu w życiu bym mu na to nie pozwolił, a teraz… nie chciałem, by się oddalał. Mógłby mnie tak trzymać do wieczora.

 Nawet się nie zorientowałem, gdy weszliśmy na teren mojej szkoły i znaleźliśmy się w sali gimnastycznej. Dopiero krzyk kapitana wybudził mnie z transu.

 - Kagami! – ryknął okularnik. – Gdzie jest Kuroko?

 - N- Nie wiem – skłamałem. – Nie szliśmy razem.

 - Pewnie gdzieś polazł i liczy, że się nie zorientujecie – zaśmiał się Aomine i zabrał swoje ramię z mojej szyi. – Czasem w gimbazie tak próbował, ale Akashi nie był z tego powodu zachwycony.

 Kuroko zrywał się z treningów? Niemożliwe! Czego się dziś jeszcze dowiem? Może Midorima jest Marsjaninem? Albo Murasakibara ogromną maszyną w ludzkiej skórze? Albo Kise mieszanką genetyczną idiotów i pięknisi z całego świata? Chociaż nad ostatnim pytaniem bym się zastanowił, bo to może być prawdopodobne.

 - Jeśli się pojawi macie mu przekazać, że natychmiast chcę się z nim widzieć – podniósł głos. – A teraz do szatni!

  Poszliśmy się przebrać. Oczywiście nie obyło się bez przepychanki w drzwiach i kilku przekleństw.

 - Co ty jadłeś na obiad? – jęknął Aomine, bo ,,przypadkiem” nadepnąłem mu na stopę. – Człowieku, jesteś ciężki jak skała! Jeszcze trochę, a dorównasz Murasakibarze! - zaczął rozcierać obolałe miejsce.

 - Nie porównuj mnie to tego obiboka, kretynie! – uchylił się przez moim butem lecącym w jego stronę. – Cholera, znowu spudłowałem – mruknąłem.

 - Mówiłem ci, że nigdy nie trafisz – wytknął mi język, po czym zdjął koszulkę, pokazując swoje umięśnione ramiona i klatkę piersiową.

 Znów zrobiło mi się gorąco. Czułem, że zaczynam się pocić, a nawet nie wykonałem jednego ćwiczenia. Oddech mi przyspieszył, nerwowo przełknąłem ślinę i cały czas się na niego gapiłem.

 - E, pobudka, śpiąca królewno! – zaczął machać mi ręką przed nosem. – Znowu się zawiesiłeś?

 - Dziś z tobą wygram – wymyśliłem coś na szybko, byleby tylko odciągnąć jego uwagę od tego, że się patrzyłem na niego w taki… dziwny sposób.

 - Niedoczekanie twoje – ubrał strój sportowy, po czym wziął łyka wody. – Jeszcze nie gotowy? Jesteś dziś wyjątkowo ślimakowaty. I ty chcesz niby wygrać?

 - Zamknij się! – szybko założyłem spodenki do ćwiczeń i zawiązałem buty.

 - Mały wyścig na salę na rozgrzewkę?- zaproponował Aomine, na co się zgodziłem. – Zaczynamy na trzy! Jeden… Dwa… Trzy!

 Wystartowaliśmy równocześnie, ale to on pierwszy objął prowadzenie. Ciekawe, czy kiedykolwiek pokonam go w szybkości?
___________________________________________________________________________________




 

 

 

 

 

niedziela, 1 listopada 2015

AoKaga- A może jednak szczęście? Cz.3

 Ta część jest dedykowana specjalnie dla Mine Izuki, która kocha Daikusia i Tygryska tak samo jak ja ^^ Może to poprawi ci humor po przeczytaniu rozdziału 27 ;) Mam przynajmniej taką nadzieję, że ta część też ci się spodoba :D
_____________________________________________________________________________________

 
 

 ~Aomine~

  Akashi wyjątkowo przynudzał. Dawno nie byłem na tak nudnym spotkaniu. Nie zasnąłem tylko dlatego, że bałem się oberwać nożyczkami i spokojna drzemka zamieniłaby się w sen wieczny, czego wolałem uniknąć. Jestem przecież zbyt zajebisty na śmierć. Poza tym tyle dziewczyn na mnie czeka! I muszę kupić Horikitę Mai. To mój obowiązek. Ktoś musi się pozachwycać tymi pięknymi cycuszkami. A, mam jeszcze ochotę na kuchnię Kagamiego. Przyznam, że podpasowało mi jego gotowanie. Gdyby tylko był laską z dużym biustem, już dawno byłby moją dziewczyną. A tak… Cóż, penisy mnie nie interesują.

 - Daiki, odpowiedz – głos Akashiego wyrwał mnie z moich przemyśleń. Najgorsze, że nie wiedziałem, o czym mówił. Po mnie.

 - Ekhm… - podrapałem się nerwowo w tył głowy. – Możesz powtórzyć pytanie?

 - Nie, nie mogę.

 No to wpadłem. Spojrzałem dyskretnie na Kise, ale on był zajęty oglądaniem swoich paznokci. Tetsu gdzieś zniknął, Midorima i tak by mi nie pomógł, a Murasakibara wpierdzielał czekoladowe batoniki. O, bogowie, pomóżcie mi, zajebistemu chłopakowi, który ma jeszcze wiele do przeżycia i nie może umrzeć z ręki kogoś tak psychopatycznego. Litości!

 - Mogę wiedzieć, o czym myślałeś? – świst jego nożyczek sprawił, że przeszły mnie wyjątkowo nieprzyjemne dreszcze.

 - O niczym ważnym… - zaśmiałem się nerwowo. – Tylko… Ten tego… Głodny jestem! – powiedziałem pierwszą rzecz, jaka mi wpadła do głowy.

 - Głodny, powiadasz? – udał zaciekawionego, co znaczy, że zaraz naprawdę się wkurzy. – A podobno u Taigi jedliście obfite śniadanie.

 - A, eee… No tak, ale… To było jakiś czas temu, więc wiesz… Zgłodniałem – ponownie się podrapałem w tył głowy.

 - Ach, zgłodniałeś – kiwnął głową. Jezus Maria, jest naprawdę źle! – To może mam pójść do sklepu po hamburgera dla ciebie?

 - Nie, nie, nie trzeba – próbowałem złagodzić sytuację. – W sumie to już mi się odechciało.

 - Tak nagle? – przeciął powietrze swoimi nożyczkami.

 - No tak jakoś… Hehe… Patrz, jaka ironia…

 Chwilę później jego broń rozcięła lekko mój policzek, a ja mimowolnie syknąłem i w ostatniej chwili zrobiłem unik.

 - Widzę, że nadal masz dobry refleks, Daiki.

 - Wcale się przez ten czas nie obijałem – mruknąłem i starłem krew z policzka.

 - W takim razie fakt, że co tydzień w piątek będziemy się spotykać na wspólnych treningach, powinien cię bardzo ucieszyć, prawda?

 Zdusiłem w sobie jęk niezadowolenia, po czym niechętnie przytaknąłem. Przynajmniej to będzie tylko raz w tygodniu, więc takie piekło da się przeżyć.

 - Taiga będzie trenował z nami – dodał po chwili.

 - Czemu on też? – nie zdążyłem ugryźć się w język.

 - Bo JA tak zdecydowałem. A ty pójdziesz do niego wieczorem i mu to powiesz.

 - A Tetsu nie może do niego zadzwonić?

 - Nie, on już ma plany na wieczór.

 A ja to niby nie? Miałem oglądać swoje świerszczyki! Toż to jest najważniejsze! Nie dość, że przez niego nie wypełnię swojego tak ważnego zadania, to jeszcze muszę się wlec do tego jełopa! Będę miał tak udane godziny wieczorne, że normalnie skaczę z radości.

 - Masz coś przeciwko? – spytał Akashi, bacznie na mnie patrząc.

 - Nie, skądże – wolałem mu bardziej nie podpadać.

 Kilka minut później spotkanie dobiegło końca. Westchnąłem z ulgą i skierowałem się w stronę domu. Kuroko szedł kawałek ze mną.

 - Tetsu, co robisz wieczorem, skoro nie możesz iść do tego kretyna? – spytałem nagle.

 - Mój przyjaciel przyjeżdża do Tokio na kilka dni i nocuje u mnie – odpowiedział. Jak zwykle miał obojętną minę, ale wiedziałem, że tak naprawdę jest przeszczęśliwy. – Poza tym myślę, że lubisz Kagamiego-kun.

 - Co?! – spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Skąd to niby wie? – Chyba sobie coś ubzdurałeś – prychnąłem.

 - Żaden z was nie chce się przyznać do tego, że lubi tego drugiego. To wasze koleżeństwo jest naprawdę dziwne.

 - On NIE JEST moim kolegą!

 - A ja jestem Akashim.

 I tu mnie zgasił. Ten argument przebija wszystko. Nie mam na to żadnej riposty. Co nie znaczy, że przyznam się do tego, iż nawet, w ostateczności, lubię tego głąba.

 

 Szedłem do jego mieszkania. Oby tylko w nim był, bo nie mam zamiaru czekać na niego pod drzwiami. Po drodze minąłem się z Himuro. Wymieniliśmy się spojrzeniami, ale żaden z nas się nie odezwał. Prawo japońskie mówi, że ja nigdy nie mówię pierwszy ,,cześć”. To osoby, które mnie mijają, mają się pierwsze odezwać. Wprawdzie nigdzie nie jest to zapisane, ale to nieistotny szczegół.

 Zapukałem we właściwe drzwi, a po chwili otworzył je ten kretyn. Gdy mnie zobaczył, myślałem, że zamienił się w największego pojeba świata. Znaczy on już nim jest, ale wyglądał tak, że prawie wybuchłem głośnym śmiechem.

 Wszedłem do jego mieszkania bez pozwolenia, co oczywiście musiał mi wypomnieć.

 - Po co przylazłeś? – warknął.

 - Tak traktujesz gości? – spytałem, kompletnie ignorując jego wcześniejszą uwagę. – No, no… Coś cię w tej Ameryce nie wychowali.

 - Ty lepiej spójrz na siebie.

 - Widzę tylko zajebistego i przystojnego chłopaka – uśmiechnąłem się wrednie, tym samym powodując jego narastającą złość.

 - Po co przylazłeś? Już się ciebie dziś naoglądałem.

 - Mam dla ciebie wiadomość.

 Spojrzał na mnie z zaskoczeniem i zaczął mi się bacznie przyglądać.

 - Od kogo?

 - Od Akashiego – to go jeszcze bardziej zbiło z tropu, a gdy przekazałem mu jej treść, wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć i wybuchnąć ze złości jednocześnie.

 - Niby czemu mam z wami trenować? – burknął.

 - A bo ja wiem? Akashiego zapytaj. – wzruszyłem ramionami. – Tak przy okazji… Co masz na kolację?

 Posłał mi spojrzenie pełne złości, co totalnie zignorowałem. Zdjąłem buty i wparowałem do jego kuchni. Coś mi tu pachnie pyszną, smażoną rybą i makaronem!

 - Dawaj talerze i nakładaj! – wskazałem na garnek z potrawą.

 W odpowiedzi oberwałem ściereczką kuchenną. Cofnąłem się krok w tył i uśmiechnąłem się wrednie.

 - Ruszyłbyś się wreszcie! – warknął w moją stronę.

 - Nie zapominaj, że nadal jestem lepszy od ciebie. I to się NIGDY nie zmieni.

 - Zobaczymy – zmrużył lekko oczy, po czym wyjął z szafki dwa talerze. – To, że dwa razy wygrałeś, nic nie znaczy.

 - To, że dwa razy przegrałeś, coś znaczy – poprawiłem go. – Do tego dochodzą one-on-one…

 - Morda – przerwał mi. – Albo wypad z mojego domu.

 - Ktoś tu nie umie zaakceptować porażki – zaśmiałem się i w ostatniej chwili uchroniłem się przez lecącą w moją stronę łyżką. – Chybiłeś.

 - Nie martw się, następnym razem trafię.

 - A, czyli że mnie zapraszasz? – wyszczerzyłem się do niego w głupim uśmiechu. – Wpadnę w najbliższym czasie na coś do żarcia.

 - Spieprzaj – burknął w odpowiedzi. – Nie jestem twoją kucharką, a moje mieszkanie nie jest twoją stołówką.

 - Mogę cię zatrudnić.

 - W życiu! Nie mam zamiaru dla ciebie gotować! Możesz jeść na mieście!

 - To nie to samo. Mógłbym ci płacić pornosami.

 - I to jest kolejny powód, czemu nigdy bym dla ciebie nie gotował.

 Postawił na stole dwa talerze- jeden dla mnie, drugi dla siebie. Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął jeść. Po chwili wziąłem do ust pierwszy kęs potrawy i poczułem jej doskonały smak. Kurwa, zaczynam coraz realniej myśleć nad propozycją zatrudnienia go. Ale co zrobić, jak ten debil się uprze? Ostatecznie posunę się do sprawdzonych środków (przynajmniej sprawdzonych w filmach), jak na przykład: gaz usypiający, pałka w łeb, przeniesienie go do swojej piwnicy i zamknięcie jej na stalowy zamek, trzymanie go na uprzęży, by przypadkiem nie uciekł, albo po prostu przeprowadzenie się do jego mieszkania. Proste, nie? Tak, wiem, że jestem genialny, a moja niepojęta inteligencja czasem nawet mnie zadziwia. Bycie zajebistym do czegoś zobowiązuje. Nie mogę być przecież tylko zwyczajnym nastolatkiem. Ja jestem praktycznie jak młody bóg, któremu znudziły się niebiosa i na kilkadziesiąt lat zstąpił w swej łaskawości na Ziemię. I oczywiście ten bóg przyjął moją zajebistą postać, w wyniku czego jestem najlepszy i cholernie seksowny. Dziwne, że ludzie jeszcze tego nie zauważyli. Kiedyś pewnie będą mnie błagać, bym choć na chwilę wstąpił w ich skromne progi…

 - Możesz się już wypierdzielać z mojego mieszkania? – spytał Kagami, przerywając mój wewnętrzny i zajebisty monolog. Nosz kurwa, wyjątkowo nie ma wyczucia czasu!-

  - Nie, nie mogę – odparłem z pewnym siebie uśmiechem, chyląc się przed kolejną łyżką, która leciała w stronę mej zacnej osoby. – Wszystkich gości tak traktujesz?

 - Nie – odparł. – Tylko ty potrafisz tak mnie wkurzyć.

 - I to jest kolejna rzecz, w której jestem najlepszy! Powinni mnie normalnie wpisać do księgi rekordów… Tego, jak mu tam było…

 - Guinnessa? – podpowiedział.

 - O, no właśnie!

 - Gwarantuję ci, że byś pobił rekord w głupocie – mruknął.

 - Ty się zamknij lepiej, bo ktoś twojego pokroju nie ma prawa pouczać kogoś tak zajebistego jak ja!

 - Jakoś nie widzę u ciebie tej zajebistości. Widzę za to tonę głupoty i kolejne dwie tony egoizmu.

 Zaczęliśmy się sprzeczać, a na końcu prawie się pobiliśmy. Usiedliśmy na końcach kanapy i mordowaliśmy się spojrzeniami. Już prawie zdechł pod wpływem mojego spojrzenia, ale akurat w tym momencie dostałem SMS’a.

 

 Od: Nożycoręki karłowaty psychol

 Do: Daiki

 To cud prawdziwy, że powiedziałeś o wszystkim Taidze i nie umarłeś przy tym w jego domu. Moje gratulacje, Daiki. Ale spróbuj się spóźnić na piątkowy trening chociaż o sekundę, a obiecuję, że będziesz miał zagwarantowane spotkanie z moimi nożyczkami!

 

 Sadysta jeden, myśli, że mu wszystko wolno! Jego niedoczekanie! Wprawdzie nie jest już naszym kapitanem, jednak wolę unikać tej przeklętej broni, jaką są te cholerne nożyczki. Już ich kilka razy doświadczyłem na swoim policzku, więc wolałbym nie czuć ich w żadnym innym miejscu.

 Nagle poczułem, jak ktoś mnie kopnął. Mówiąc ,,ktoś”, mam na myśli tę dwubrwiową małpę.

 - I czego się pchasz? – warknąłem w jego stronę.

 - To ty zajmujesz ponad pół MOJEJ kanapy!

 - Jestem gościem, więc mam do tego prawo!

 - Sam się tu wprosiłeś, nikt cię nie zapraszał!

 Zaczęliśmy się kopać i przepychać, aż nagle Kagami zbyt gwałtownie zareagował i upadł na mnie całym ciężarem ciała. Jeszcze jeden taki numer, a odda mi swoje płuca!

 - Złaź, idioto! – krzyknąłem. – Oddychać nie mogę!

Widziałem spore zakłopotanie i zawstydzenie na jego twarzy, która w sekundę przybrała odcień dorodnego buraka. Poczułem dziwne uczucie w klatce piersiowej, w okolicach serca. Z jednej strony miałem ochotę go zepchnąć i zacząć się śmiać, a z drugiej z chęcią dotknąłbym jego policzka. Mój problem został po chwili rozwiązany, gdyż Kagami sam odskoczył ode mnie jak oparzony i odwrócił głowę. Ale z niego wstydzioch! Wtedy uświadomiłem sobie, że chciałem dotknąć twarzy faceta. FACETA! Boże, muszę natychmiast dostać pornosa do ręki.

 Spojrzałem na zegarek. Dwudziesta.

 - Będę się już zbierał – powiedziałem.

 - Najwyższy czas- burknął Kagami, który nadal miał buraka na twarzy.

 Założyłem buty, zarzuciłem bluzę i rzuciłem mu szybie ,,Nara” na pożegnanie. Pora znaleźć się w pokoju, wcisnąć słuchawki w uszy i zająć się oglądaniem pornosków z ogromnymi cyckami. Tak, idealny wieczór.
____________________________________________________________________________________




Rozdział 27

Przerwa w yaoicach, dziś dodałam kolejny rozdział opowiadania o Akinie i Aomine :D
___________________________________________________________________________________
 

~Akina~

  - Jak to Ameryka?! – wykrzyknął niezadowolony Aomine, gdy powiedziałam o wszystkim całej drużynie.

 - No zwyczajnie – odparłam. – Kazał mi lecieć. Ale to tylko kilka dni. Kagami będzie ze mną, więc nic mi nie będzie – uśmiechnęłam się lekko. Gdy Taiga się o tym dowiedział, bardzo się ucieszył. Wiem, że przy nim będę bezpieczna. – Szybko minie.

 Kilka dni później miałam swój samolot. Pożegnałam się z innymi i musiałam przekonywać Aomine, że nikt nie wpadnie mi w oko. Obiecałam, że codziennie będę dzwonić, więc ostatni raz mnie przytulił, pocałował mnie i łaskawie pozwolił mi lecieć. Pomachałam im na pożegnanie, po czym zniknęłam za zakrętem. Ech, już za nimi tęsknię.

 Podczas podróży czytałam i słuchałam muzyki. Ameryka… Dawno tam nie byłam. Moi znajomi pewnie się trochę zmienili, ale najbardziej jestem ciekawa wyglądu Taigi. Jak bardzo jest teraz przystojny i wysportowany…?

 Jason rzeczywiście czekał na mnie przed lotniskiem. To mężczyzna w średnim wieku, który pracuje u mojego ojca od lat. Bardzo go lubię. Jest sympatyczny, a gdy byłam mała, przemycał dla mnie z kuchni ciasteczka. Przywitałam się z nim, a on zapakował moje bagaże. Kilkanaście minut później byliśmy pod domem. Stanęłam przed drzwiami. Czeka mnie najgorsza część- przywitanie z ojcem.

 - Proszę się nie bać, panienko – troszkę odzwyczaiłam się od angielskiego, więc dopiero po chwili zorientowałam się, że Jason mówi do mnie.

 - Tak, tak…

 Weszłam do holu, gdzie przywitały mnie piękne obrazy drzewa i jezior. Chwilę potem znalazłam się w dużym salonie przyozdobionym w czyjeś portrety oraz porcelanę.

 - Akina – usłyszałam głos ojca i niechętnie się odwróciłam.

 Przede mną stał całkiem wysoki mężczyzna w garniturze. Miał podsiwiałe włosy i trochę zaokrąglony brzuch. Jego wzrok był zimny, a postawą przypominał posąg- nawet do mnie nie podszedł.

 - Ojcze – cudem przeszło mi to przez gardło.

 - Jason zaprowadzi cię do pokoju. Chcę, byś wróciła na kolację. O osiemnastej trzydzieści masz być w domu. Jutro przyjeżdża twoja ciotka, więc twoje zachowanie ma być odpowiednie. Rozumiemy się? – skinęłam głową. – Dobrze, w takim razie możesz iść.

 Łaskawca jeden. Skierowałam się za staruszkiem do swojego pokoju. Nic się nie zmienił. Każdy mebel był na swoim miejscu, żadna  z rzeczy nie przesunęła się nawet o centymetr.

 - Sprzątnąłem tu, więc ma panienka czysto i przytulnie – odezwał się Jason.

 Podziękowałam mu, a on uśmiechnął się ciepło. To jedyna osoba  w domu, którą naprawdę lubię i szanuję.

 Schowałam telefon do kieszeni krótkich spodenek i wyszłam na dwór. Czas spotkać się z Taigą. Wreszcie. Czekałam na to od dnia, w którym przyleciałam do Tokio.

 Pamiętam jeszcze miasto. Pamiętam miejsce, w którym mieliśmy się spotkać. Pamiętam każdą chwilę spędzoną z Kagamim. Rozglądałam się uważnie i przypominałam sobie sklepy, ławeczki, pomniki… Niektóre rzeczy się zmieniły. Mimo tego to wciąż było miasto, w którym mieszkałam przez kilka długich lat życia.

 Uśmiechnęłam się pod nosem. Nagle na kogoś wpadłam. Obiłam się o klatkę piersiową wysokiego mężczyzny i upadłabym, gdyby mnie nie podtrzymał.

 - Przepraszam – powiedziałam i spojrzałam w górę. – Naprawdę nie… Taiga?!

 Przede mną stał wysoki, szczupły, wysportowany chłopak z ciemnoczerwonymi włosami, bordowymi oczami, podwójnymi brwiami i dobrze mi znanym uśmiechem, który strasznie lubię.

 - Dobrze cię znowu widzieć – uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym mnie przytulił. Prawie jakbym stała przy Aomine. Kagami był od niego może o dwa centymetry niższy.

 - Ciebie też – objęłam go. – Matko, aleś ty wyrósł! I postura ci się zmieniła!

 - Ostro trenowałem. A co z tym twoim Aomine?

 - Bez zmian. Nie chciał mnie tu w ogóle puścić.

 - To znaczy, że mu na tobie zależy – mrugnął do mnie.

 Zaczęliśmy rozmawiać, śmiać się, opowiadać o tym, co się działo w ostatnim czasie i dopiero wtedy poczułam, jak bardzo mi go brakowało w Japonii.

 

 ~Aomine~

   No to se jej ojczulek wymyślił. Ameryka! Pewnie, może od razu Antarktyda! A jak spotka tam gwałciciela albo swojego byłego? A jak ktoś zrobi jej krzywdę i ten cały Kagami nie zdąży jej uratować? A jak ktoś ją napadnie i okradnie? Tak, martwię się o nią. I tak, chcę, by wróciła.

 Na treningi w dalszym ciągu nie chodziłem. Nie mam po co. Zresztą trener i tak mi pozwoli, ale ma meczach muszę grać. Nawet on nie potrafił nic zrobić. Już przywykłem do myśli, że jestem nieokiełznaną i niepokonaną bestią. Potworem. Ech, cóż poradzić. Po prostu jestem zbyt zajebisty i ta zajebistość zaczęła ze mnie jeszcze bardziej wyciekać. Król boiska, Aomine Daiki, stawia wszystkim graczom wyzwanie- walczcie na równi ze mną! Ten, kto zdoła mnie pokonać… Po prostu będzie dalej żył. Nie żeby takie coś miało się zdarzyć, po prostu nadal czekam na takiego osobnika.

 Akina rzeczywiście codziennie dzwoniła. Znaczy była w Ameryce dopiero jeden dzień, ale to i tak zawsze jakiś początek. Jeżeli coś jej się stanie, to nie będę nawet czekał na samolot. Przepłynę ocean (chyba Spokojny), przebiegnę wszystkie stany Ameryki, by do niej dotrzeć, a na koniec spiorę zbója, który ośmielił się jej dotknąć. Nie wiem, jak to zrobię, ale wściekłemu mnie lepiej schodzić z drogi.

 - Daiki, chodź na kolację! – zawołała mnie mama.

 Usiadłem naprzeciwko niej i zacząłem jeść.

 - Martwisz się o Akinę? – spytała nagle. Całe szczęście, że zdążyłem wcześniej przełknąć porcję jedzenia, bo prawdopodobnie zacząłbym się dławić. – To nic nadzwyczajnego. Jeśli się kogoś kocha, to naturalne, że boimy się o tę osobę. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteście razem!

 I w ten oto sposób przez całą kolację musiałem słuchać jej paplaniny o tym, jaka to ona jest przeszczęśliwa i że Akina naprawdę bardzo do mnie pasuje. Kiedy wreszcie udało mi się wyjść z kuchni i wejść do swojego pokoju, rzuciłem się na łóżko i wziąłem telefon do ręki. Żadnej wiadomości od niej. Jezu, a jak ktoś ją naprawdę napadł?! Nie, pewnie je kolację czy coś… Tia. Jeszcze trochę i stwierdzę u siebie obsesję dotyczącą Akiny. Przecież jest z nią ten jej ukochany braciszek, więc nie powinno jej się nic stać. Jak patrzyłem na ich zdjęcia, to Kagami wydawał się być całkiem silny, ale to nie znaczy, że da radę ją obronić. Niech  no tylko dowiem się, że coś jej się stało, to w pierwszej kolejności oberwie przestępca, a w drugiej Taiga za to, że jej nie uratował.

  

 Akina ma wrócić za dwa dni. Rzeczywiście ten czas szybko mija. Dopiero co wyleciała, a już niedługo wraca.

 Siedziałem wraz z resztą drużyny i Sayaką na szkolnym boisku. Robiło się coraz chłodniej, Słońce już tak bardzo nie grzało. Zasunąłem bluzę i schowałem ręce do kieszeni. Nie jest jeszcze aż tak zimno, ale z ciepłymi dłońmi zawsze jest milej. Nagle usłyszeliśmy dźwięk telefonu. Kuso wyjęła komórkę z kiszeni i włączyła głośnik.

 - Hej, Akina! – krzyknęła uradowana. – Co tam u ciebie?

 - Dobrze… w miarę – wiedziałem, że coś jest nie tak.

 - Nie kłam! – krzyknąłem. – Co się stało?

 - Nic, naprawdę. Po prostu jestem zmęczona.

 - Akurat! Nie od dziś cię znam i wiem, że coś się stało. Mów!

 - To nic…

 - Mów! – nalegała Sayaka.

 - Nie, naprawdę…

 Nagle usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi i usłyszeliśmy głośny krzyk jakiegoś faceta. Akina wyszeptała jedno słowo: ojciec. Zaczęła się kłótnia, facet miał do niej o coś pretensje, ale że nie rozumiałem angielskiego, nie wiedziałem, co mówią. Niespodziewanie Hyuga głośno pisnęła i chyba upadła, bo coś nieźle gruchnęło o podłogę. Po chwili do pokoju wszedł ktoś jeszcze i zaczął krzyczeć na tego faceta. Któryś trzasnął drzwiami, a my usłyszeliśmy cichy szloch Akiny.

 - T-Taiga… - wyszeptała przez łzy.

 Domyślam się, że drugą osobą, która wdarła się do pokoju, był Kagami. Ale co się tam, do jasnej cholery, wydarzyło?!

 - Akina, uderzył cię? – spytał po japońsku chłopak. – Pokaż.

 Uderzył ją?! Ten skurwiel, który uważa się za jej ojca, uderzył ją?!

 - Nie, zostaw… - jęknęła dziewczyna. – Taiga, boję się go…

 - Ja cię obronię… - próbował ją pocieszyć. – Nie bój się. Będzie dobrze.

 - Chcę do Tokio.

 - Polecisz tam za dwa dni.

 - Ale ja z nim nie wytrzymam! Taiga, zabierz mnie od niego, proszę…

 Podejrzewam, że bardziej się rozpłakała.

 - Ej, siostra, jestem przy tobie. Nie musisz się bać. Mam w domu jeden pokój wolny. Chcesz skorzystać?

 - A twój ojciec…?

 - Jest w interesach w Waszyngtonie. Wraca dopiero za tydzień.

 - N-Naprawdę mogę?

 - Pewnie. Jeśli dzięki temu przestaniesz się bać, to…

 - Dziękuję!

  Zaraz, zaraz, czy ona będzie mieszkać z chłopakiem?! I to z kimś, kto nie jest mną?! Niedopuszczalne! Przecież to… Ale w sumie to lepsze niż mieszkanie z ojcem. Kagami przynajmniej jej nie uderzy. Gdybym tylko znalazł tego jej ojca, tak bym mu przypierdolił, że już nigdy więcej nie podniósłby na Akinę ręki. A jeśli to nie był pierwszy raz i ona już wcześniej była bita?

 Naszła mnie nagła potrzeba przytulenia jej.

 

 ~Akina~

  Uderzył mnie. Naprawdę to zrobił. I to z durnego powodu. Ciotka chciała, bym pojechała z nią do Los Angeles, gdzie zapisałaby mnie do szkoły prywatnej. Ojciec się z nią zgodził i powiedział, że to bardzo dobry pomysł. Dzięki temu wyrosnę na porządną kobietę i nie będę jak mama. Wtedy nie wytrzymałam i zaczęłam na nich wrzeszczeć, przeklinać i nie zwracałam uwagi na groźby taty. Wybiegłam z salonu i zamknęłam się w swoim pokoju. O wszystkim powiedziałam Taidze, który przybiegł do mnie kilkanaście minut po moim telefonie. Jedyny, na którego mogę teraz liczyć.

 Siedziałam na łóżku wtulona w jego tors. Gładził mnie po włosach i lekko się kołysał. Pamiętał, że to działa na mnie uspokajająco. Byłam mu tak wdzięczna, że słowami nigdy bym tego nie wyraziła. Tak się cieszę, że pozwolił mi u siebie zamieszkać! Uwolnię się od ojca i będę miała święty spokój.

 Wspomniałam ostatnią rozmowę z Aomine. Miał taki zmartwiony i jednocześnie wściekły głos... Naprawdę się o mnie martwi. To takie miłe uczucie wiedzieć, że na zupełnie innym kontynencie, w miejscu, które jest dla mnie domem, czeka na mnie ktoś, kogo szczerze kocham i ten ktoś odwzajemnia moje uczucie.

 - Boli cię jeszcze? – spytał z troską Kagami.

 - Nie, już nie – odparłam. Przy nim czuję się naprawdę bezpiecznie.

 - Będziesz miała niezłego siniaka.

 - Zagoi się.

 - Przepraszam – powiedział nagle, co mnie zbiło z tropu.

 - Za co? – spojrzałam na niego zdziwiona.

 - Gdybym przyszedł wcześniej… - zacisnął pięści. – Mógłbym cię wcześniej uratować, a tak…

 - Nie obwiniaj się, proszę – zaczęłam błagalnie. – Jeśli będziesz się obwiniał, ja… ja… będę czuła się wszystkiemu winna – spuściłam głowę. – Taiga, błagam, nie rób głupstw.

 Ponownie mnie przytulił i zaczął gładzić moje włosy.

 - Obiecuję – szepnął. – Obiecuję, że mu nie przypierdolę.

  Uśmiechnęłam się pod nosem. Taiga… Cały Taiga. Zawsze się o mnie troszczy i chce dla mnie jak najlepiej. I jak mam go nie traktować jak brata? Właściwie to często zapominam, że nie jesteśmy spokrewnieni i spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy. Pierwszy do mnie podszedł i zaczął rozmowę. Jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy się częściej spotykać, aż w końcu nazwał mnie ,,siostrą”. Byłam przeszczęśliwa, bo nigdy nie miałam rodzeństwa. Podobno kiedyś miałam mieć siostrę, ale doszło do poronienia, z czego mój ojciec niezmiernie się cieszył, a matka była zrozpaczona.

 - Taiga… - zaczęłam. – Jak przylecisz do Japonii, to będziemy się spotykać? Ty, ja, Sayaka, Aomine, Kise i cała reszta? I Himuro?

Gdy Kagami usłyszał ostatnie imię, cały się spiął i mnie puścił. Spuścił głowę i posmutniał.

 - Mówiłem ci, że nie chcę o nim rozmawiać – burknął, a w jego głosie słyszałam smutek i żal. Skoro chce, by Tatsuya był znów jego bratem, to czemu normalnie nie pogadają? Zachowują się jak dzieci. Durny zakład ma wpłynąć na ich życie i relacje? No sorry wielkie, ale tak postępują bachory w przedszkolu!

 - Kiedy wreszcie zamierzasz z nim poważnie porozmawiać?

 Nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę. Westchnęłam i poklepałam go po ramieniu. Chciałabym, byśmy wszyscy mieszkali razem w Tokio. Ja, Sayaka, Taiga, Aomine i reszta Pokolenia Cudów. To by było spełnienie mojego najnowszego marzenia.
____________________________________________________________________________________