wtorek, 10 listopada 2015

AoKaga- A może jednak szczęście? Cz.5

Ohayo!! Witam was, witam i w podskokach tutaj fikam ^^ XD

 Oto kolejna dawka yaoiców :D Moja nieprzewidywalna i ,,wspaniała" mózgownica wymyśliła to coś, co ja nazywam kolejnym rozdziałem historyjki o pedałach XD Zarezerwowałam dla was najlepsze miejsca, więc proszę siadać i zacząć czytać!
 ___________________________________________________________________________________
 ~Aomine~

  Jeżeli ten kretyn myśli, że zapomniałem o tym, jak na mnie patrzył w szatni, to się grubo myli. Zauważyłem to i lekko się zaniepokoiłem. Bo który normalny facet gapi się tak długo na innego faceta bez koszulki? Gej. Boże! A jeśli on jest pedałem?! Mam się czuć w jego obecności zagrożony? Może powinienem spierdalać jak najdalej od niego? Jezus Maria, mamy przecież razem trenować!

 Nagle usłyszałem dziewczęcy pisk.

 - Kaaagamiiii-kuuuuun!

 Kretyn odwrócił się lekko wystraszony, po czym przybrał znudzoną i zniecierpliwioną minę. A przynajmniej próbował taką przybrać. W jego kierunku biegła całkiem ładna dziewczyna z czarnymi włosami, okularami, ciemnymi oczami i miseczką D. Ciekawe, czy kiedykolwiek się ruchała…

 Skoczyła na Kagamiego i zaczęła go przyduszać, mocno obejmując jego szyję. Zupełnie jakbym widział Satsu i Tetsu…

 - Hanae, dusisz… - wysapał dwubrwiowy dziwak.

 Dziewczyna go natychmiast puściła i szeroko się uśmiechnęła.

 - To kiedy mnie gdzieś wreszcie zaprosisz? – spytała, w ogóle nie zwracając uwagi na otoczenie. – Jutro ci pasuje? Hę? Hę? Pójdziesz ze mną do kawiarni?

 To w końcu on ma zaprosić ją, czy ona jego? Sądząc po minie tego barana stwierdzam, iż wcale nie jest chętny na propozycję spotkania. Domyślam się też, że ta dziewczyna go mocno irytuje, ale ostatkiem swojej woli stara się być dla niej miły. Ja to już bym taką dziewczynę gdzieś zaprosił. Może przypadkiem wstąpiłaby do mojego domu, zahaczając o sypialnię i łóżko…?

 - Jutro…? – jęknął niezadowolony i rozejrzał się wokół, szukając pomocy. – Wiesz… Ja… Ten…

 Cała jego drużyna westchnęła i pokręciła głowami. Widocznie są już do tego przyzwyczajeni i wyczerpały im się pomysły na wymówki dla Kagamiego. Ale w końcu ja też tu jeszcze jestem! Niby mógłbym go zostawić na pastwę tej dziewczyny, lecz dziś mam dzień dobroci dla małp.

 - Jest ze mną umówiony na one-one-one – powiedziałem i podszedłem do tego głąba.

 Spojrzał na mnie ze zdziwieniem i wdzięcznością jednocześnie.

 - Eee…? – tym razem dziewczyna nie była zadowolona. – Nie możesz tego przełożyć, Kagami-kun?

 - Wiesz… - zaczął, a ja szturchnąłem go w bok, by był bardziej stanowczy. – Ostatnio razem częściej trenujemy, bo zbliżają się zawody i tak dalej, więc nie mam za bardzo czasu na inne wypady… Rozumiesz chyba, nie?

 - Tia… Ale powiedz, gdy to się zmieni! Do zobaczenia, Kagami-kun!

 Wyszła z sali, a Taiga odetchnął z ulgą.

 - Rany… - jęknął. – Męczy mnie już od miesiąca.

 - Aż tak wpadłeś jej w oko? – zaśmiałem się. – Masz takie powodzenie, czy to po prostu idiotka zakochana w twoich mięśniach?

 - Zamknij się, Ahomine!

 - No wiesz co? Najpierw ci pomagam, a teraz tak mi się odwdzięczasz? – udałem zdziwionego.

 Wymamrotał coś pod nosem, co chyba miało przypominać ,,dzięki”, po czym wziął piłkę do ręki i odszedł w kierunku kosza.

 - Jestem pewien, że się lubicie – usłyszałem znajomy głos Tetsu i aż cały podskoczyłem.

 - Jeszcze raz tak zrobisz, a przysięgam, że na kilka najbliższych meczy wylądujesz w szpitalu! – złapałem go za włosy.

 - Aomine-kun, ja po prostu nie wiem, czemu to tak ukrywacie – powiedział.

 - Bo to skończony idiota.

 - On ma o tobie takie samo zdanie.

Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań, po czym poczochrałem go po włosach. Trenerka kazała nam się dobrać w pary, a mi nawet nie dała prawa głosu. Przydzieliła mnie do Kagamiego i nie chciała słyszeć żadnych słów sprzeciwu. Widziałem, że Taiga się lekko zmieszał. Czyżby bał się, że nie jest godzien trenować z kimś tak zajebistym?

 - Te, rusz się wreszcie i zacznij normalnie podawać! – krzyknąłem, gdy rzucił piłkę za daleko. Znowu.

 - To ty się dziwnie ruszasz! – odkrzyknął.

 - Po prostu jesteś za wolny – ziewnąłem. – Weź się bardziej wysil.

Wziąłem piłkę do ręki i podałem mu ją.

 - Spróbuj tym razem spaprać, a gwarantuję, że będziesz miał kontuzję twarzy – ostrzegłem go, po czym podbiegłem pod drugi kosz.

 Kagami zaczął biec w moją stronę, cały czas kozłując piłkę. W połowie boiska rzucił do mnie, a ja chwilę później zrobiłem idealny wsad, ale chyba ociupinę za mocny, bo wyrwałem  obręcz z kosza.

 - Ups… - zaśmiałem się nerwowo. – Znowu to zrobiłem.

 - Jak to znowu?! – wykrzyknął zdziwiony okularnik, gdy otrząsnął się z niedowierzania.

 - No normalnie. W mojej szkole czasem mi się to zdarza. – Wzruszyłem ramionami, po czym odłożyłem obręcz na najbliższą ławkę.

 Wszyscy patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Czy nigdy nie widzieli osoby, która rozwaliłaby kosz? Dziwni ci ludzie. A może są tak słabi, że nie potrafią wyrwać obręczy? Tia, powinienem być ich mistrzem. Żaden mi nie dorównuje, za to gapią się na mnie, jakbym był jakimś kosmitą. Jak nie przestaną, to gwarantuję, że zabiorę ich na Marsa, gdzie przywiąże ich do skały i wyżrę ich wnętrzności. Chociaż może to nie jest najlepszy pomysł, bo jeszcze bym się rozchorował. Szczególnie, jeśli zabrałbym się za żołądek Kagamiego. On zjada hurtowe ilości hamburgerów, po których prawdopodobnie dostałbym niestrawności. Fuj! Aż mnie mdli na samą myśl o czymś tak obrzydliwym!

 - Długo jeszcze będziecie się tak na mnie gapić? – warknąłem.

 - Drużyna! – krzyknęła trenerka, karząc nam się ustawić w szeregu. – Dziś już nie naprawimy tego kosza, a gra z jednym nie ma sensu. Macie dziś wolne, ale następnym razem podwoję wasz trening.

 Kiedy weszliśmy do szatni, Kagami wskazał na mnie oskarżycielsko palcem.

 - To wszystko twoja wina! – krzyknął, po czym rzucił we mnie butelką wody, którą sprawnie złapałem.

 - Moja? – zdziwiłem się. – To kosz był słabo zamocowany, tyle. – upiłem kilka łyków z jego buteleczki, po czym mu ją rzuciłem. Posłał mi zniesmaczone i mordercze spojrzenie, co kompletnie zignorowałem.

 - Idziemy coś zjeść? – zaproponował nagle Kiyoshi.

 - Jestem za! – oczywiście pierwszy do żarcia był Taiga.

 - Aomine, idziesz z nami?

 Zaprosił mnie? Po co ten idiota mnie zaprasza?

 - Niby czemu mam z wami iść? – spojrzałem na Teppeia.

 - No wiesz… - zaczął. – Teraz jesteś tak jakby częścią drużyny…

Prychnąłem.

 - W sumie to jestem głodny – mruknąłem, dając im do zrozumienia, że zaszczycę ich swoją obecnością.

 - Musiałeś go zapraszać? – warknął Kagami w stronę Kiyoshiego.

 - A w czym problem? Przecież teraz z nami trenuje, poza tym się lubicie.

 - Ja wcale go nie lubię! – wykrzyknąłem równocześnie z Kagamim.

 Posłaliśmy sobie mordercze spojrzenie, po czym podeszliśmy do siebie, warcząc sobie w twarze.

 - Kretyn – prychnąłem.

 - Idiota.

 - Głąb.

 - Zboczeniec.

 - Głupek.

 - Dupek.

 - Pedał.

 - Tylko nie pedał, cioto jedna!

 Popchnął mnie lekko, a ja nie byłem dłużny. Podstawiłem mu nogę i z uśmiechem na twarzy patrzyłem, jak leci na podłogę. Zaśmiałem się. Ma żarłok za swoje. Nagle poczułem, jak łapie mnie za koszulkę. Nie zdążyłem złapać równowagi, więc wywaliłem się prosto na niego. Jęknął głośno, gdy wbiłem mu łokieć w żebro.

 Czułem się… dziwnie. Byłem nieco zaskoczony tą sytuacją, więc dopiero po chwili zorientowałem się, co zaszło. Jego twarz tak blisko mojej. Czułem na buzi jego ciepły oddech (z dodatkiem zapachu papryki, ale to szczegół). Pod sobą miałem jego ciało. I o dziwo było ono całkiem… wygodne? Miał szerokie ramiona, dobrze wyrzeźbione mięśnie brzucha, a że obaj byliśmy bez koszulek, poczułem, jak zrobił się gorący. Zobaczyłem na jego twarzy dorodne rumieńce. Jakoś nie obchodziła mnie reszta drużyny, która patrzyła na nas z ogromnym wytrzeszczem na twarzy i rozdziawionymi gębami.

 Moje serce nagle oszalało. Zaczęło bić dużo szybciej niż zwykle i było głośne jak stado dinozaurów. No normalnie myślałem, że rozsadzi mi klatkę piersiową! Nie wiem, jak długo tak leżeliśmy, ale sądząc po chrząknięciu Kuroko, za długo.

 Wstałem w tempie ekspresowym, czując nagłą falę ciepła ogarniającą moje zajebiste ciało. Co się ze mną dzieje? Dlaczego zareagowałem tak na faceta? W dodatku na TEGO faceta? Może powinienem zgłosić się do lekarza? Najlepiej do psychologa?

 - Nie wiedziałem, że was aż tak do siebie ciągnie – skomentował Kuroko.

 Po chwili ja złapałem go za ramiona, a Kagami za głowę.

 - Jeszcze raz powiesz coś takiego… - zaczął Taiga.

 - … a zginiesz w ciągu sekundy – dokończyłem.

 Puściliśmy Tetsu i poszliśmy pod prysznic. Oczywiście weszliśmy do oddzielnych kabin, bo nie wytrzymałbym z nim będącym tak blisko mnie. Znaczy… Zbyt mnie już dziś wkurzył, więc… Rozumiecie, nie? Jak nie, to wasz problem. Chociaż z jednej strony trochę kusiło mnie, bo go choć przez chwilę popodglądać. Cholera jasna! Wiem, że jestem zboczeńcem, ale czemu w ogóle pomyślałem o podglądaniu faceta? Przecież on nie ma cycków, a między nogami ma to samo co ja. Żadna atrakcja. Prawdziwego penisa to ja widuję na co dzień. Czymś pięknym są duże cycki przyłączone do jakiejś napalonej i ślicznej panienki, która ma ochotę na jakiś numerek lub upojną noc.

 Weszliśmy do Maji Burgera, gdzie zajęliśmy dwa kilkuosobowe stoliki. Pech chciał, że siedziałem koło Kagamiego. Z drugiej strony miałem tego z Sokolim Okiem, a Tetsu siedział naprzeciwko. Zamówiliśmy po dużym steku i jakimś soku. Kiedy dostaliśmy dania, aż jęknęliśmy. Steki były tak duże i grube, że cudem będzie, jeśli zjem całą swoją porcję.

 - Kagami, jak możesz tyle jeść? –spytałem, gdy on skończył zżerać stek, a ja byłem dopiero w połowie i już miałem serdecznie dosyć.

 - Hę? –spojrzał na mnie ze zdziwieniem. – Przecież to nie było dużo. Zjeść za ciebie?

 Podsunąłem mu swój talerz, po czym oparłem się o krzesło. Nie rozumiem, jak można mieć tak ogromny żołądek? Przecież to jest nienormalne! Zupełnie jak studnia bez dna. Leci, leci, leci, ale kiedy doleci- nie wiadomo. Kagami coraz bardziej przypomina mi Murasakibarę. Dopóki nie poznałem Taigi, byłem święcie przekonany, że nie ma na świecie osoby, która jadłaby więcej od Atsushiego. Myliłem się. Może i Kagami nie nosi nie sobą tony słodyczy, ale jego śniadania, obiady, lunche i kolacje wyglądają tak, jakby miał zostać zesłany normalnie na Syberię albo Antarktydę. Żaden normalny człowiek nie robi takich zapasów na dwie, trzy godziny! Ach, zapomniałem o jednym, tycim, malutkim szczególiku – Taiga nie jest normalny. Podejrzewam, iż jest zmutowaną genetycznie małpą w ciele człowieka lub kiedyś zabrano mu jego mózg, a wszczepiono rozum pawiana. Któraś z tych wersji prawdopodobnie jest poprawa. Zapytać go o to wprost? E, zły pomysł. Jeszcze mi przywali. A po takim żarciu pewnie mu nieźle siły przybyło. Może poczekam i pogadam z nim jutro? Trzeba by jakoś logicznie zacząć rozmowę… Hmm… Może coś w stylu: ,,Hej, powiedz szczerze, jesteś mutacją genetyczną małpy i człowieka?”. Nie wiem, czy to nie jest zbyt… otwarte. Wprawdzie konkretne pytanie, które wymaga konkretnej odpowiedzi, ale jego reakcja prawdopodobnie będzie taka: najpierw zastygnie na chwilę w bezruchu, potem się wścieknie (jego twarz zmieni odcień na czerwony), nawrzeszczy, a na koniec będzie chciał mnie uderzyć, ale że jestem szybszy, to się jak zwykle od tego wywinę. Czy ja aby na pewno nie jestem młodym bogiem zajebistości i niepojętnej inteligencji? Bo coś mi się zdaje, że pominięto ten szczegół. Pewnie przez to czuję pewien niedosyt. Chociaż mógłbym go czymś zaspokoić. Mam ochotę na pewnego głąba z podwójnymi brwiami, który pochłania ogromne ilości żarcia i nie wydaje być się tym jakoś specjalnie zakłopotany. A mówią ,,mam na niego ochotę” , chodzi mi o dotknięcie jego skóry i spróbowania smaku ust. Ciekawe, czy są miękkie, czy wręcz przeciwnie. I jak Kagami zachowuje się w łóżku? Gdyby KTOŚ znalazłby się z nim w sypialni, to byłby seme czy uke? Gdyby tym kimś była dziewczyna, to odpowiedź jest jasna. Ale jeśli on jest pedałem i uprawiałby seks z chłopakiem? Pewnie walczyłby o pozycję. Zachowuje się czasem jak nieokiełznany tygrys, więc potrzebny jest treser. Aomine Daiki melduje się w gotowości! Już ja ujarzmię bestię i przyszpilę ją do łóż… krat. Nie wiem, skąd ten pomysł, ale mój mózg taki już jest- nieprzewidywalny.

 Spojrzałem na Taigę. Jego tors powoli unosił się i opadał. Aż przygryzłem lekko wargę, starając się nie rzucić na niego i nie zacząć robić mu malinek. To tak wielka pokusa, że nie wiem, czy dam radę długo jej się opierać! Oj, jakaś dziwna siła ciągnie mnie w tę stronę!

 ...

 

 

 

 

 Ze mną naprawdę coś jest nie tak.
___________________________________________________________________________________



poniedziałek, 9 listopada 2015

W Wariatkowie

Odbiegam od AoKaga i opowiadania o Akinie oraz Aomine, ale tylko ze względu na tę część. Jest ona nieco dziwna, zwariowana, ale mam nadzieję, że mimo wszystko wam się spodoba :D Pomysł przyszedł nagle i cały dzień czekałam, by móc to napisać :P
_____________________________________________________________________________________
 
 

 Dzień, jak co dzień. Nie zapowiadał się ciekawie, a do szkoły trzeba było pójść. W dodatku zbliżają się egzaminy semestralne, więc trzeba się będzie bardziej przyłożyć do nauki. Ech, za dużo mam tego na głowie. Jakby mi treningi koszykówki nie wystarczyły. No serio mówię! Niedługo zaczynają się kwalifikacje na Winter Cup, zatem muszę się bardzo do ćwiczeń przyłożyć.

 Wszedłem na teren szkoły i zamrugałem ze zdziwienia. Wszystko niby wydawałoby się być takie samo, poza jednym, drobniutkim szczegółem. Moja szkoła zmieniła nazwę. W miejscu, gdzie powinno stać Liceum Seirin, stało Liceum Rakuzan. Może pomyliłem drogę? Nie, przecież Rakuzan jest poza Tokio. Czemu więc…? Chyba za dużo wczoraj zjadłem na kolację. Wiedziałem, że powinienem był sobie odpuścić te dodatkowe pięć hamburgerów. Moje łakomstwo nie zna czasem granic.

 Potrząsnąłem głową ze zrezygnowaniem i ruszyłem dzielnie przed siebie, starając się wszystko zrozumieć. Pewnie koledzy zrobili mi jakiś chory kawał. Ale przecież Prima Aprilis jest za kilka miesięcy! Który z nich byłby aż tak sprytny i wymyśliłby coś tak chytrego? Hyuga? Nie, on nie jest tak zabawny. Izuki? Odpada, jego ,,poczucie humoru” jest zbyt dziwne na coś takiego. Mitobe? On też nie. W ogóle nie pasuje do czegoś takiego. Teppei? Po co miałby to robić? Aż tak szalony to raczej nie jest… Kuroko? Nie… Chociaż może…? Nigdy nic nie można wyczytać z jego twarzy, więc może zdołał to doskonale zamaskować? Riko? No może ostatnio lekko obijałem się na treningach, ale to ze zmęczenia. Przecież graliśmy trzy mecze trzy dni z rzędu! Ale znając ją, to stwierdzam, iż jest zdolna do wszystkiego.

 Szedłem korytarzem i rozglądałem się bacznie dookoła. Jeszcze mi Akashi wyskoczy zza rogu z nożyczkami i obwieści, że ma zamiar się zemścić za znieważenie jego władczej osobistości. Aż mnie ciarki przeszły na samą myśl o czymś takim. Co mógłby mi zrobić? Zaraz, zaraz… Co to Aomine kiedyś mówił o swoim byłym kapitanie? Ach tak! Sadysta, psychopata, wszystkowiedzący wróżbita o zdolnościach płatnego zabójcy. To i tak duży skrót. Daiki użył tylu określeń, że nawet połowy nie zapamiętałem. Tak czy siak, wolałem mieć się na baczności.

 Nagle, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zobaczyłem na korytarzu Midorimę, który stał przy oknie i trzymał coś w ręku. Podszedłem do niego powoli, a kiedy się kulturalnie przywitałem, on wyskoczył z czymś takim:

 - Ja ci, kurwa, dam cześć! Nie wiesz, że człowiekowi uczącemu się, nie wolno przerywać?!

Spojrzałem na niego zaskoczony i dopiero po chwili zorientowałem się, że z nosa leci mu maleńki strumyk krwi. Zerknąłem na książkę, którą trzymał w ręku i prawie zaliczyłem zgon. To nie była książka, tylko zboczone pisemko, które zawsze przeglądał Aomine. Ale co ono robi w rękach tego okularnika…? I kolejny szczegół przykuł moją uwagę. Czemu Midorima nie ma okularów?!

 - Ale ty… - zacząłem.

 - Uczę się o kobiecym ciele, idioto – prychnął. – Nie przeszkadzaj mi – machnął ręką, jakby odganiał komara.

 Powrócił do przeglądania zboczonych obrazków, cały czas szczerząc się przy tym jak głupi. Minąłem go i pokręciłem głową. Co to za zjebany świat? Ktoś mi zrobił pranie mózgu? Przyznać się, gdzie stoi kamera?!

 Zamierzałem skręcić w stronę sali gimnastycznej, gdy nagle usłyszałem znany mi głos Kise. Tyle tylko, że Kise w ogóle siebie nie przypominał. Podszedł po cichu do Midorimy i wyrwał mu z rąk jego zboczone pisemko.

 - EJ! – wrzasnął Shintarou.

 - Midorima, ile razy mam ci powtarzać, że nie powinieneś oglądać takich rzeczy? – spytał poważnie, poprawiając na nosie… żółte okulary. Ach, więc teraz on jest okularnikiem.

 - Nie obchodzi mnie twoje pieprzone zdanie! Oddawaj mi moją Mai-chan!

Od kiedy to Kise nie używa ,,cchi” przy nazwiskach? Albo od jak dawna Midorima przeklina?

 - I po co ci ta różowa bransoletka?! – wykrzyknął nagle zielonowłosy.

 - To mój szczęśliwy przedmiot, nanodayo! – Kise poprawił swoje okulary, chrząkając znacząco. – Ty powinieneś mieć dziś przy sobie pluszowego misia.

 - Nie potrzebuję żadnej maskotki! Oddaj mi moją gazetkę!

 Nie czekając na odpowiedź Kise, Midorima wyrwał swoje zboczone pisemko z jego rąk i zaczął uciekać korytarzem. Ryouta głośno westchnął i ponownie poprawił swoje okulary.

 Postanowiłem zaryzykować i podejść do Kise.

 - Yo – przywitałem się.

 Spojrzał na mnie z wyższością i spytał:

 - Czego chcesz, Kagami?

 Przełknąłem nerwowo ślinę. Nie, to tylko zły sen. Mam potworne omamy wzrokowe. To pewnie promienie słoneczne. Tak, zdecydowanie tak. Po prostu za długo przebywałem na wsłońcu i przegrzało mi mózg. Może powinienem wrócić do domu…?

 - Czekam – przypomniał o sobie Kise.

 - Yyy… - zająkałam się. – Tak, tak… Czemu… Czemu się tak dziwnie… zachowujesz? – wydukałem.

 - Jak to ,,dziwnie”?!

 - Bo jesteś taki marudny… i w ogóle.

 - Jak śmiesz mnie tak bezczelnie obrażać, nanodayo?! Jeżeli przyszedłeś tylko po to, by się mnie czepiać, to radzę ci odejść!

 - N-Nie… Źle mnie zrozumiałeś…

 - Kisecchi! Kagamicchi! – usłyszałem znajomy głos.

 Odwróciłem się i zacząłem się modlić, żeby to, co zobaczyłem, nie było prawdą. To chyba najgorsze, co widziałem do tej pory. Otóż Aomine biegł do nas w podskokach i z szerokim uśmiechem na twarzy. Zachowywał się dokładnie jak Kise. Otoczyły go fanki, a on ze zmieszanym uśmieszkiem zaczął im tłumaczyć, że jest bardzo zajęty i ma pilną sprawę. Kiedy w końcu do nas podszedł, myślałem, że totalnie oszalałem. Kise i Midorima byli jeszcze znośni, ale on? To już przesada! Jakoś nie widzę Aomine w roli modela, który ciągle śmieje się z byle czego i dla wszystkich jest przyjacielski. Z takim Daikim to ja sobie za dużo nie pogram. Zaraz, zaraz… Czyli wychodzi na to, że… Miałbym grać z Midorimą?! Nie, nie, nie, nie, nie! Chcę wrócić do swojego, normalnego i poukładanego świata, gdzie wszyscy zachowują się normalnie!

 - Kagamicchi? – spytał nagle Aomine, bacznie mi się przyglądając. – Widziałeś może Akashicchiego? Mam do niego ważną sprawę, a nigdzie nie mogę go znaleźć.

 - N-Nie… Nie widziałem… - Czułem, że zbladłem.

 - Wszystko dobrze? – Jezus Maria, zaniepokojony wyraz twarzy jakoś do Daikiego nie pasuje… Już wolę tę jego zarozumiałą minę… Już nawet wolę jego przechwałki! Tylko błagam, niech chociaż on będzie normalny… Ratunku… Ktokolwiek… Niech mi ktoś pomoże… - Kagamicchi? Kagamicchi?!

 Poczułem, jak Aomine kładzie mi ręce na ramionach i podchodzi ze mną do okna. Od razu zrobiło mi się lepiej. Wziąłem kilka głębokich wdechów i uniosłem głowę.

 - Już OK, Kis… Aomine – szybko się poprawiłem, po czym wysiliłem się na uśmiech i szybko od nich odszedłem.

 Spokojnie, tylko spokojnie. Najważniejsze to zachować spokój. Nie mogę wpaść w panikę. Myśl racjonalnie. Myśl racjonalnie… Ale jak mam to, do cholery, zrobić, skoro to wszystko jest jakieś ześwirowane i nie da się tego wyjaśnić?! Gdyby to było tylko ich zachowanie, to jeszcze pół biedy, ale jak mogli moją szkołę przebudować w Liceum Rakuzan w jeden dzień?!

 Złapałem się za głowę i nagle na kogoś wpadłem. Podniosłem szybko wzrok, a gdy zobaczyłem osobę, która przeze mnie siedzi na podłodze, miałem ochotę zapaść się pod ziemię. No gorzej to już nie mogłem trafić. Oczywiście musiałem wpaść na Akashiego. Co jeszcze mnie dziś spotka?

 - Aj, Gami-chin, to bolało… -jęknął Akashi, masując obolały tyłek.

 Jak on mnie nazwał?! Co się stało z prawdziwym Akahim ,który wzbudzał postrach samą swoją obecnością? To chude coś, co przede mną stoi, nie jest nawet cząstką tamtego Sejiuro. To za dużo dla mojego mózgu. A myślałem, że kisowaty Aomine jest największym koszmarem, jaki mógł mnie tutaj spotkać. Pomyliłem się.

 - Sorki… - wydukałem, usilnie starając się nie rozpłakać.

 - Ech… Jak widać taki mój marny los… - westchnął głośno. Czy on powiedział ,,marny los”..? Co on, na depresję cierpi? – I tak nikt mnie nigdy nie doceniał.

 - Ej, no… Przeginasz chyba…

 - Nie próbuj mnie pocieszyć, bo to nic nie da. Masz może coś słodkiego? Słodycze są najlepszym lekarstwem na wszystko. I tak nic poza nimi mnie nie obchodzi.

 - Yyy… Jasne.

 Pogrzebałem chwilę w torbie, po czym podałem mu pączka z cukrem. Wziął go ode mnie w tempie ekspresowym, a chwilę później skończył go jeść. Jeśli on jest Murasakibarą, to kto jest nim…? Czyżby Murasakibara? Charakter AKashiego plus jego ponad dwumetrowy wzrost, to będzie zabójcze połączenie. Jeszcze gorsze niż w normalnym świecie. Jak ja mam w ogóle wrócić do normalności? O, wiem! Może duża ilość zimnej wody mnie obudzi? Zawsze warto spróbować.

 Zacząłem biec w stronę toalety, aż nagle na kogoś wpadłem. Rozejrzałem się wokół, ale nikogo nie zauważyłem.

 - Wszystko w porządku, Kagami-kun? – przede mną pojawił się Murasakibara. Tylko mi nie mówcie, że ten wielkolud potrafi znikać jak Kuroko! Nie, to już przegięcie. Tetsuya ma 168 cm, a on mierzy ponad dwa metry! Nie da się go przeoczyć… To po prostu niemożliwe.

 - Dla.. Dlacze.. Dlaczego zachowujesz się jak… Kuroko? – wyjąkałem.

 - Nie rozumiem, o co ci chodzi, Kagami-kun – odpowiedział po chwili Murasakibara. – Zachowuję się tak, jak normalnie. Poza tym porównywanie mnie do Kuroko nie jest najlepszym pomysłem.

 - Hę? – nie zrozumiałem.

 Już miałem się go jeszcze o coś zapytać, ale błękitne nożyczki przeleciały mi koło twarzy i wbiły się w pobliską ścianę. Tylko mi nie mówicie, że Kuroko…

 - Czy ja ci w czymś przeszkadzam, Taiga? – koło mnie stanął Tetsuya, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Ah, czyli on tu jest imperatorem… Nie, to już stanowczo za dużo! – Zadałem ci pytanie. To bardzo niekulturalnie ignorować innych, Taiga.

 - Tak, tak… Wiem – Czułem, że zbladłem jeszcze bardziej. – Ja… Ja…

 - Jaja? – brew Kuroko niebezpiecznie zadrżała. – Robisz sobie ze mnie jaja?

 - N-N-Nie! Nie śmiałbym! – zaprzeczyłem szybko, machając energicznie rękoma i oddalając się o kilka kroków.

 Chyba najwyższa pora brać nogi za pas. Ledwie skręciłem za najbliższy zakręt, a wpadłem na Midorimę. Padliśmy obaj na ziemię, ale nagle poczułem, jak ktoś oblewa mnie zimną wodą.

 

 Błyskawicznie otworzyłem oczy i spostrzegłem nad sobą twarze swoich kolegów z drużyny.

 - CO SIĘ DZIEJE?! – wydarłem się.

 Kapitan natychmiast mnie uciszył mocnym ciosem w plecy.

 - Zamknij się, głąbie! – krzyknął. – Walnąłeś się głową w obręcz kosza i uciąłeś sobie nielegalną drzemkę w czasie treningu!

  - Czyli… Czyli że to był tylko sen?! – wykrzyknąłem uradowany.

  - Nie wiem, o czym śniłeś, ale tak – burknął stojący nieopodal Aomine.

  No tak! Mieliśmy dziś trening z całym Pokoleniem Cudów! Może to właśnie dlatego oni mi się śnili?

 - Aomine… - doskoczyłem do niego i złapałem go za ramiona, lekko nim potrząsając. – Zachowujesz się normalnie?

 - Hę? – nie zrozumiał.

 - Nadal lubisz te swoje zboczone pisemka? I nie zachowujesz się jak Kise?

 - Odbiło ci, bezmózga kreaturo?! – wrzasnął, po czym mnie odepchnął. – Niby czemu miałbym się zachowywać jak ten idiota, kretynie?!

Wróciłem do normalności! Nie zwracałem uwagi na zdziwione spojrzenia innych ani na ich niedowierzające miny. Miałem ochotę skakać z radości.

 - Jesteście normalni! – uśmiechnąłem się.

 Wszyscy zrobili minę typu ,,WTF?!” , po czym głośno westchnęli.

 - Naprawdę musiał się mocno uderzyć – skwitował Izuki.

 - Biedny Kagamicchi – westchnął Kise. – Pewnie mu niedługo przejdzie.

 Nie słuchałem im dalszych opinii na temat mojego zwariowanego zachowania. Złapałem Aomine za ramię i pociągnąłem go na środek boiska. Próbował mi się wyrwać, ale nie miałem zamiaru stracić okazji pogrania z nim.

 - Zagraj ze mną one-on-one! – rzuciłem mu piłkę.

 - A co ci…- zaczął, ale mu przerwałem.

 - Po prostu zagraj!

 Oby tylko mój koszmar nigdy się nie spełnił. Wszystko ma być tak, jak jest. Wolałbym nie przechodzić przez coś takiego drugi raz. Mógłbym tego nie przeżyć. Mój świat jest znacznie lepszy.

 Jeśli ktokolwiek z was znajdzie się w takim wariatkowie, to najlepiej olejcie wszystko i wskoczcie  do najbliższego zbiornika w lodowatą wodą. Może będziecie mieli szczęście i obudzicie się w swoim własnym, normalnym świecie.
_____________________________________________________________________________________
 








sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 28

Hem.... Jakby to ująć.. Jakoś ostatnio mam wrażenie, że to opowiadanie staje się coraz nudniejsze i gorsze :/ Chyba wcześniejsze rozdziały lepiej mi wychodziły.. Cóż, mam nadzieję, że kolejne rozdzialiki lepiej wyjdą ;)
___________________________________________________________________________________
 
 ~Akina~

 Obudziłam się kilka minut przed dziewiątą. Szybko się ubrałam, umyłam zęby i weszłam do kuchni, gdzie Taiga właśnie kończył śniadanie.

 - Cześć – przywitałam się i usiadłam na krześle.

 - Hej – nałożył mi omleta na talerz.

 - Jak ja dawno nie jadłam twojej kuchni!

 - Przecież sam nauczyłem się gotować, więc umiesz robić to, co ja.

 - Ale to nie to samo! Poza tym nie znam wszystkich twoich przepisów.

  Gdy skończyliśmy jeść, wyszliśmy na dwór. Kagami powiedział, że z chęcią pokaże mi swoje nowe umiejętności. Ciekawe, jak bardzo się poprawił… Alex pewnie o niego bardzo zadbała i pokazała mu to i owo.

 Stanęłam z boku boiska i patrzyłam, jak Taiga robi kolejny wsad. Poprawił się. Musiał naprawdę ciężko trenować. W dodatku widać to po jego ciele. Pięknie wyrzeźbiony kaloryfer na brzuchu, silne ramiona i nogi, szerokie barki… Aż miło popatrzeć. Budową niewiele różni się od Aomine. Daiki jest trochę wyższy i lepiej umięśniony, ale Kagami może mu kiedyś dorównać. Jednak patrząc na jego grę, mogę stwierdzić, że między nim a moim chłopakiem jest głęboka przepaść. Taiga mu jeszcze nie dorównuje. Nie wiem wprawdzie jak gra podczas prawdziwego meczu z drużyną, ale gdyby walczyli one-on-one, na pewno by przegrał. Nie jest wystarczająco szybko, zwinny i… Po prostu Aomine jest lepszy.

 - I jak? – spytał Taiga, gdy dosiadł się do mnie na ławkę.

 - Szczerze? – przytaknął. – Daleko ci do Daikiego.

 - Serio? – mocno się zdziwił. – Przecież…

 - Gdybyś teraz zaczął z nim grać, on byłby zwycięzcą. Na to procent nie dałbyś mu rady.

 Westchnął.

 - Skoro tak mówisz, to znaczy, że mogę mieć spore problemy z pokonaniem go i przywróceniem do normalności – podrapał się w tył głowy. Dopiero wtedy zauważyłam, że Aomine też tak czasem robi. Cóż za podobieństwo! Gdybym miała ich porównać do jakiś zwierząt, Taiga byłby pięknym, dojrzałym tygrysem, a Daiki zwinną, czarną panterą. Dwa dzikie koty, atak, walka, obrona… To byłoby ciekawe widowisko. – Ma jakieś słabe punkty?

 - Nie zauważyłam – odpowiedziałam. Uświadomiłam sobie, że Aomine jest dobry we wszystkim. – On… Jest mega wyzwaniem.

 - Dobrze wiesz, że lubię wyzwania – mrugnął do mnie. – Obiecuję, że go kiedyś pokonam. A jeśli nie, rezygnuję z kosza.

 - Taiga! – spojrzałam na niego zaskoczona.

 - No co? Muszę mieć jeszcze większą motywację.

 Kilka minut później poszedł do sklepu po wodę, a ja zostałam na boisku. Zaczęłam sprawdzać wiadomości. Niedawno ktoś do mnie napisał. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam, że nadawcą jest Aomine.

 

 Od: Kretyn :*

 Do: Akina

 Jak ci w tej Ameryce? Wiem, że tęsknisz za mą zajebistą osobą i nikt mnie nie zastąpi, ale ten twój zbaraniały ,,braciszek” dba o ciebie? Po co ty tam w ogóle pojechałaś? Wracaj do Tokio. Dziś. Nie obchodzi mnie, że bilet masz na jutro. Chcę cię zobaczyć już dzisiaj. Teraz..

   Serce zaczęło mi szybciej bić, a uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy. Tęskni za mną! Wprawdzie tego nie napisał, ale wiem, że tak jest! Chciałabym się do niego przytulić. Chcę poczuć jego dotyk, ciepło, pocałunki… Ech, to zawsze jest takie przyjemne.

 Schowałam telefon do kieszeni, a chwilę później usłyszałam czyjś głos. Głos, którego nigdy więcej nie chciałam słyszeć.

 - O, co za spotkanie!

 Odwróciłam się błyskawicznie i zobaczyłam te wredne i pewne siebie oczy Jerry’ego. No nie… Jeszcze tego zboczonego dupka mi brakowało.

 - Czego chcesz? – warknęłam.

 - Nie mogę się nawet przywitać ze swoją dziewczyną?

 - Nie jestem twoją dziewczyną.

 - Ale możesz nią znów być – zaczął się niebezpiecznie zbliżać.

 - Mam chłopaka, głąbie! I nie zbliżaj się!

 - Twój chłopak jest w Japonii, o niczym się przecież nie musi dowiedzieć, nie?

 Złapał mnie za nadgarstki i zaczął pchać w stronę najbliższych krzaków. Próbowałam mu się wyrwać, ale bezskutecznie.

 - Puść mnie! – krzyknęłam.

 Natychmiast zatkał moje usta nagłym i ohydnym pocałunkiem. Palił. Czułam smak tytoniu. Fuj! Jak można brać takie świństwa do ust?!

 Poczułam, jak dotykam plecami drzewa. Zaczął wpychać mi język do buzi i złapał mnie za pośladki. Przyciskał mnie do pnia całym sowim ciałem, więc nie miałam możliwości ruchu.

 ,,Taiga, gdzie jesteś?”

  Dotknął moich piersi, a ja ugryzłam go w język, który nadal znajdował się w moich ustach. Syknął i zacisnął wargi.

 - Zabieraj łapska! – podniosłam głos.

 - Nadal jesteś dziewicą? – spytał bezczelnie i dotknął wewnętrznej części mojego uda. – W takim razie będę mógł ci sprawić dodatkowy ból.

 Ponownie wpił się w moje usta, a ja bezskutecznie próbowałam go od siebie odepchnąć. Pisnęłam, gdy ścisnął moją pierś.

 ,,Taiga, ratuj!”

  On chce to zrobić w krzakach na boisku?! Jest nienormalny! Czułam łzy w oczach. Nie chcę tego. To mój skarb, który trzymam dla wyjątkowej osoby! Tym kimś nie jest Jerry!

 ,,Taiga, błagam, pomóż! Czemu cię tu teraz nie ma?”

 Zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć twarzy tego zboczeńca. Nie chciałam widzieć tego, co mi robił.

 Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Po chwili ktoś odciągnął ode mnie mojego napastnika i usłyszałam znajomy głos Kagamiego.

 - Co ty wyrabiasz, cwelu?! Wypierdalaj stąd, natychmiast!

 Zaczął bić Jeery’ego i wkładał w to całą swoją siłę. W końcu dotarło do mnie, co się stało i szybko zareagowałam.

 - Taiga, wystarczy! – pociągnęłam go za ramię. – Proszę, chodźmy już!

 Kagami wstał, spojrzał na mojego niedoszłego gwałciciela z mordem w oczach, po czym wziął swoje rzeczy i pociągnął mnie za rękę. Nie odzywał się przez jakieś trzy minuty. Potem nagle zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. W jego oczach widziałam prawdziwą troskę.

 - W porządku? – spytał, a ja przytaknęłam. – Przepraszam… - wtuliłam się w niego. Z oczu poleciało mi kilka niechcianych łez. – Znów pozwoliłem, by ktoś cię skrzywdził. Akina, jaki ze mnie brat?

 - Najlepszy – mocniej go objęłam. – Taiga, znowu mnie uratowałeś. Bałam się… Cholernie się bałam, a dzięki tobie nadal jestem dziewicą.

 Podał mi chusteczkę, którą z chęcią przyjęłam. Poszliśmy na zapiekankę. Cały czas był przy mnie i nie opuszczał mnie na krok. Na wszystkich chłopaków, którzy puszczali mi oczka, patrzył z niechęcią i piorunami w oczach, co skutecznie zniechęcało ich do rozpoczęcia rozmowy. Czułam się normalnie jak jakaś ważna osobistość chodząca po mieście z własnym ochroniarzem.

 

 ~Aomine~

 Miałem jakieś dziwne uczucie, że coś jej się stało. Nie dość, że nie odpisała na mojego SMS’a, w którego włożyłem masę wysiłku, to nawet nie zadzwoniła do Sayaki. Pewnie jest bardzo zajęta spędzaniem czasu z Kagamim. Tia… Zobaczyła brata po kilku miesiącach i od razu ignoruje moje wiadomości. Bezczelność! A może naprawdę jej się coś stało? Może Kagami nie dał rady jej obronić? Może ją ktoś porwał i teraz leży zamknięta i zgwałcona w jakiejś starej szopie? Może…

 - Aominecchi! – moje przemyślenia przerwał radosny krzyk Kise. – Idziesz z nami do cukierni?

 - Nie mam ochoty – burknąłem i zamierzałem sobie pójść, ale poczułem silny uchwyt na ramieniu. Odwróciłem się i spojrzałem na Murasakibarę. – Co ty odpierdzielasz?

 - Z tobą będzie nas piątka – powiedział. – Dają zniżkę, jeśli przyjdzie się w minimum pięć osób. A Aka-chin nie idzie, więc musisz go zastąpić.

 Nie czekając na moją odpowiedź, pociągnął mnie za sobą. Nosz kurwaaaa… Za co? Czy ja nie wyraziłem się jasno?! Powiedziałem przecież, że nie idę! Niestety nawet ja nie mam szans z siłą tego olbrzyma. Ciągnął mnie przez kilkanaście minut, aż w końcu weszliśmy do jakiejś cukierni, gdzie posadził mnie na krześle. Siedziałem naburmuszony, ale nikt nie zwracał na mnie zbytniej uwagi. No, jedynie Tetsu ciągle się na mnie gapił. Czuję, że zaraz się odezwie.

 - Aomine-kun – a nie mówiłem? – O co chodzi?

 No jak on to robi, że nawet Kise się zamknął i spojrzał na mnie wyczekująco. A co ja, baba jestem, żeby się ze wszystkiego zwierzać?

 Wziąłem do ust kawałek ciasta, wzruszyłem ramionami i powiedziałem:

 - O nic.

 Kuroko nie ustępował. Dał mi porządną sójkę w bok, a ja zakrztusiłem się wypiekiem. Odkaszlnąłem i wziąłem łyk zimnej wody.

 - Tetsu…- warknąłem.

 - Jesteśmy przyjaciółmi, a ja wiem, że coś cię gryzie – spojrzał na mnie badawczo. – I nie chodzi o koszykówkę. Akina, mam rację?

 A co on, wróżka? Skąd on to wszystko wie? Przecież jestem zajebistym aktorem! A może on ma moc czytania w myślach?

 - Nie twoja sprawa – odwróciłem głowę.

 - Nic jej nie będzie. Jutro już wraca.

 Zacisnąłem dłonie w pięści. To prawda, że o niej myślę, ale nie ma prawa wtrącać się w moje prywatne sprawy! Poza tym nie tylko o to chodzi. Mam inne problemy, a wścibskość Tetsu mi w tym nie pomoże.

 Gwałtownie wstałem od stołu, głośno odsuwając krzesło.

 - Kuroko, jeszcze raz to powiem – warknąłem i spojrzałem na chłopaka ostrzegawczo. – To MOJE sprawy i masz się w nie wtrącać!

 Wyszedłem z cukierni, ignorując oburzenie kelnerki i nawoływania Murasakibary. Szedłem przed siebie i nie zwracałem uwagi na to, dokąd idę. . Ważne, by w jakikolwiek sposób wyładować gromadzącą się we mnie złość. W pewnej chwili zacząłem biec. Przebiegłem się po parku, po kilkunastu boiskach, po mniej zatłoczonych ulicach miasta, aż w końcu poczułem, że robię się zmęczony. Wróciłem do domu. Mama zauważyła, że coś jest ze mną nie tak, ale widząc mój stan, dała mi spokój. Wszedłem szybko pod prysznic i odkręciłem zimną wodę. Nie zwracałem uwagi na dreszcze, które co rusz przechodziły moje umięśnione ciało. Nie myślałem o niczym. Po prostu stałem w kabinie i oddałem się przyjemnemu uczuciu. Tak, tego mi było trzeba.
___________________________________________________________________________________