sobota, 20 lutego 2016

Ostatnie pożegnanie

  Yo, ludziska!
Oto jeden z moich pomysłów, na jakie wpadłam podczas ferii ^^ Tak jakoś sam mi do głowy wleciał, a że wylecieć nie chciał, to napisałam :D
 Miało wyjść trochę smutno, ale ostatecznie sama nie wiem, co o tym myśleć... 
 Jak już kiedyś mówiłam, kocham tych braci, więc postanowiłam napisać coś o nich.
 To wcale nie był spoiler! XD
  Jakie są wasze odczucia po przeczytanie tego? Bo ja uważam, że coś tu jest nie tak, ale nwm co...

Dobra, znowu marudzę, w dodatku nie na temat XD Pomińcie to i przejdźcie od razu do rozdziału!
_________________________________________________________________________________


,,Obiecuję, że zajmę się Sasuke. Sprowadzę go do wioski.”

 Na wspomnienie tych słów Itachi Uchiha uśmiechnął się lekko. Kto jak kto, ale Naruto wyjątkowo mocno chce sprowadzić Sasuke do wioski, więc jest nadzieja, że wkrótce tak się stanie. W końcu on, chluba klanu Uchiha, już nie żyje, został tylko Sasuke.
 Technika Ożywienia przysporzyła ludziom wielu kłopotów. Ktoś, kto jej użył, sprytnie to zaplanował. Zmusił wszystkich do walki, nikomu nie dał wyboru. Zmarli powinni mieć spokój. Powinni spokojnie odpoczywać w zaświatach, a nie walczyć na ziemi z ludźmi, którzy byli dla nich ważni.
 Itachi przeskoczył na kolejną gałąź i przyspieszył. Jeżeli będzie zwlekał, sytuacja może się tylko pogorszyć. A Technika Ożywienia to pewnie nie wszystko. Ktoś, kto jej użył, musi mieć większe plany. Ten człowiek podający się za Madarę… Szaleniec. Nikt nie może się podawać za boga tego świata. Żaden człowiek, a szczególnie ten, który powinien być martwy od kilkudziesięciu lat.
 Uchiha przypomniał sobie ostatnią walkę ze swoim bratem. Jego spojrzenie na sam koniec… Ten szok i przerażenie.. A na koniec niedowierzanie. Dobrze zrobił, wszystko przed nim ukrywając? Musiał, bo inaczej życie Sasuke byłoby zagrożone. Teraz w sumie też jest, bo został uznany za przestępcę rangi S, jednak to zupełnie co innego. Człowiek podający się za Madarę musiał mu o wszystkim powiedzieć. Itachi nie chciał, by do tego doszło, ale Sasuke poznał prawdę. Z powodu nienawiści postanowił zniszczyć Wioskę Liścia, którą starszy Uchiha chciał chronić. Jedyna nadzieja w Naruto, który obiecał go sprowadzić do wioski.
 No właśnie. Naruto. Itachi mu ufa, wierzy, że Uzumaki osiągnie swój cel. Wie jednak, że Sasuke jest uparty. Zawsze był. Jako mały chłopiec chciał wiele osiągnąć. Trenował tak zażarcie, że w końcu nauczył się wielu technik. Starszy Uchiha miał nadzieję, że tym razem mu się to nie uda. Nie po to go chronił, żeby teraz tak skończył. Jak on – uważany za przestępcę rangi S, mordercę i potwora.
 Czy Sasuke mu wybaczył? Skoro się o wszystkim dowiedział, to… Z drugiej jednak strony mógł się na niego wkurzyć, że go okłamał. Nie zależało mu tak bardzo na wybaczeniu. Robił to wszystko po to, by chronić braciszka. Kochał go. Sprawianie mu bólu i cierpienia było najgorszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek doświadczył. Kiedy krzywdził go podczas walki, musiał wiele wysiłku włożyć w to, żeby go nie przytulić czy normalnie nie zacząć rozmowy. Chłodny, bezwzględny, straszny, okrutny – tak go wszyscy widzą i niech to się nie zmienia. Naruto zna prawdę, co w zupełności wystarczy.

,,Jesteś moim przyjacielem. Jak Sasuke.”

  Itachi lekko się do siebie uśmiechnął. Uzumaki nazwał go swoim przyjacielem. Potrafił mu wybaczyć i z nim współpracować. Naprawdę ma w sobie coś, dzięki czemu przekonuje do siebie ludzi. I może właśnie dzięki temu czemuś zawróci Sasuke ze złej drogi i sprowadzi go z powrotem do wioski. Przynajmniej miał taką nadzieję.
  Kiedy przeskakiwał na kolejną gałąź, kątem oka zobaczył stojącego na ziemi Sasuke. Minął go bez słowa, bo wiedział, że na pogawędki nie ma teraz czasu. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że brat zaczął go gonić.
 - Stój! – Usłyszał za plecami. – Itachi, to ty?! Zatrzymaj się!
 - Wybacz, Sasuke, nie mam teraz czasu – odparł, nawet się nie odwracając. To zbyt bolesne…
 - Zawsze tak mówisz! – W głosie młodszego Uchihy wyraźnie można było wyczuć zdenerwowanie i pretensje. – Dlaczego tu jesteś?! Wyjaśnij mi wszystko, musimy porozmawiać!
 - Sasuke, to naprawdę nie jest odpowiedni moment. – Itachi odwrócił się na chwilę, by spojrzeć na Sasuke. W jego oczach widział determinację. – Mam coś ważnego do załatwienia
 - W takim razie pójdę z tobą i potem mi wszystko opowiesz!
 Itachi miał wrażenie, jakby coś ostrego, ale jednocześnie przyjemnego, dotknęło jego serca. Czyżby jednak mu wybaczył?
 - Muszę iść sam. – Ponownie odwrócił wzrok od młodszego brata i ociupinę przyspieszył. – To dla ciebie zbyt niebezpieczne.
 - Nie traktuj mnie jak małego dzieciaka! – warknął młodszy Uchiha i zaczął biec szybciej. – Chcę z tobą porozmawiać!
 Itachi nie zatrzymał się. Wyczuł w pobliżu silną czakrę, więc skręcił lekko w jej stronę. Shinobi z Wioski Liścia. Idealnie. Tam będzie mógł zostawić Sasuke.
 - Itachi! Co niby musisz załatwić?! Zatrzymaj się!
 Starszy z braci użył swoich oczu, by uruchomić Susanoo. Zrobił to w ostatniej chwili, bo Sasuke zrobił to samo, chcąc go zatrzymać.
 - Wyjaśnij mi wszystko! – krzyknął czarnowłosy, jeszcze bardziej przyspieszając.
 ,,Gdybym tylko mógł, z chęcią bym z tobą porozmawiał.”
 - Sasuke, zostań tu. Dalej nie możesz ze mną iść.
 - Tym razem tak łatwo się mnie nie pozbędziesz!
 Itachi westchnął cicho, po czym się zatrzymał, lądując na ziemi. Sasuke zeskoczył z gałęzi kilka metrów od niego. Wpatrywali się w siebie bez słowa przez jakiś czas, po czym Itachi podniósł lekko prawą dłoń.
 - Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak naprawdę było, podejdź – powiedział, uważnie obserwując ruchy i mimikę swojego brata. Zaufa mu na tyle, żeby jeszcze bardziej się zbliżyć?
 Po krótkiej chwili Sasuke ruszył do przodu, wpatrując się w twarz brata. Kiedy dzieliło ich trzydzieści centymetrów, Itachi dotknął prawą dłonią jego głowy i odrobinę go do siebie przyciągnął, tak, że stykali się czołami.
 - Patrzy uważnie – polecił, a w jego oczach ponownie pojawił się Mangekyou Sharingan.
 Sasuke zobaczył wszystko – począwszy od rozmowy Itachiego ze starszyzną wioski, aż do momentu, gdy jego brat dołączył do Akatsuki. Po wszystkim spojrzał mu w oczy ze smutkiem i… Itachi sam nie umiał określić, co to było.
 - Bracie… - szepnął Sasuke. – Ty… Czemu aż tak bardzo zależało ci na wiosce?! Czemu tyle poświęciłeś?! Czemu…?! Dlaczego…? – W jego oczach powoli gromadziły się łzy.
 - Sasuke. – Itachi położył mu dłoń na ramieniu. – Wioska Liścia była moim domem. Podjęcie tej decyzji było bardzo trudne. Sam zresztą wszystko widziałeś. Chcę, by mieszkańcy byli bezpieczni.
 - Co zamierzasz?
 - Zatrzymam Technikę Ożywienia, dzięki czemu wszyscy ożywieńcy znikną, a ich dusze wrócą do zaświatów.
 - Ty też? – Sasuke spojrzał na niego ze smutkiem. – Nie chcę, żebyś mnie znów zostawił…
 - Zawsze będę z tobą. – Itachi się uśmiechnął.
 - Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi – burknął Sasuke, odwracając wzrok.
 - Cokolwiek postanowisz, wiedz, że zawsze będę cię kochał. – Starszy Uchiha przytulił go do siebie, bo było dla Sasuke ogromnym zaskoczeniem. Po chwili jednak lekko objął brata, a gdy ten chciał go odsunąć, mocniej się w niego wtulił.
 - Nie zostawiaj mnie – szepnął błagalnie i oparł głowę na jego torsie. – Nie chcę być sam.
 - Nie będziesz. Masz przyjaciół, którzy na ciebie czekają.
 - Chcę, żebyś ty ze mną był.
 - Obiecaj mi jedno. – Itachi podniósł jego głowę, zmuszając go tym samym, by spojrzał mu w oczy. – Zostaniesz z nimi i nie będziesz robił żadnych głupstw, dobrze?
 - Niby czemu mam…?!
 - Bo wiem, że to dla ciebie dobra droga. – Itachi posłał mu ciepły uśmiech. – Kocham cię i właśnie dlatego chcę, byś z nimi został. Obiecaj mi to.
 Sasuke zamknął oczy i zamyślił się. Nie chciał tam zostać na siłę, ale wiedział, że Itachi ma rację. Wprawdzie chciał zniszczyć Wioskę Liścia, ale… skoro jego brat nie tego pragnął, to zmieni swoje postanowienie. Zabije tylko starszyznę.
 - Obiecuję – mruknął niechętnie, otwierając oczy.
 Itachi ponownie go przytulił, po czym odszedł kilka kroków.
 - Ale najpierw pójdę z tobą – odezwał się nagle Sasuke.
 Starszy Uchiha cicho westchnął, po czym zrobił w jego stronę zachęcający ruch dłonią. Sasuke natychmiast ruszył w jego stronę, a chwilę później dostał pstryczka w czoło.
 - Hej! – krzyknął, patrząc na uśmiechniętego brata. – Znowu to zrobiłeś!
 - Wybacz, Sasuke. – Itachi znów złapał go za głowę. – To już był naprawdę ostatni raz.
 - Co ty chcesz…? – zaczął młodszy z braci, ale nie dokończył, bo Itachi uruchomił swój Sharingan. Patrzył chwilę w oczy brata, po czym stracił przytomność. Osunął się w jego ramiona.
 - To było ostatnie pożegnanie, braciszku – szepnął Itachi i podniósł go.
 Skierował się w stronę najbliższej polany, na której przebywali shinobi Wioski Liścia. Jako pierwszy zauważył go Naruto.
 - Hej, Itachi! – zawołał, radośnie machając w jego stronę. Kiedy jednak zobaczył, kogo on niesie, zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na Sasuke szeroko otwartymi oczyma. – Sasuke – szepnął.
 Pozostali shinobi wyjęli swoje kunaie i zaczęli się do niego zbliżać.
 - Naruto, odsuń się! – krzyknął Sai.
 - Nie martwcie się, nic mi nie zrobi – zapewnił ich Naruto i podszedł bliżej.
 - Ale..!
 - Sai, zaufaj mu. – Powstrzymał go Kakashi i spojrzał na Itachiego z wdzięcznością.
 Uchiha tylko skinął głową i przeniósł swój wzrok na blondyna.
 - Zaopiekuj się nim, dobrze? – Przekazał mu swojego nieprzytomnego brata.
 - Przecież ci obiecałem. – Uzumaki uśmiechnął się szeroko, po czym wyciągnął w jego stronę wolną dłoń. – Dziękuję, Itachi. Za wszystko.
 Uchiha posłał mu lekki uśmiech, a po chwili ścisnął jego rękę.
 - To ja ci powinienem podziękować. Cieszę się, że Sasuke ma takiego wspaniałego przyjaciela.
 - Powodzenia z tą techniką.
 - Obiecuję, że wkrótce wszyscy ożywieńcy będą mogli spoczywać w spokoju.
 - Wiem. Wierzę w ciebie.
 Itachi posłał mu spojrzenie pełne wdzięczności, po czym ostatni raz dotknął czoła swojego brata.
 - Żegnaj, Sasuke – szepnął.
 Patrzył na niego przez kilka sekund, po czym odbiegł w swoją stronę. Żaden shinobi nie próbował go nawet zatrzymać, wszyscy byli w takim szoku, że nie mogli się nawet ruszyć. Tylko Kakashi i Yamato zdawali się być spokojni.
 - Co to miało być? – spytała Sakura, wpatrując się raz w nieprzytomnego Sasuke, raz w Naruto.

 - Piękne pożegnanie kochających się braci – odpowiedział Uzumaki i raz spojrzał w stronę, w którą pobiegł Itachi. – Ostatnie pożegnanie – dodał po chwili. 
_________________________________________________________________________________







piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 41

 Ohayo!
Wróciłam! Ferie się udały, było zajebiście, więc teraz pora coś dodać :D 

Od razu na wstępie dodaję 41 rozdział :D Na wyjeździe jakoś tak mi wena dopisywała, więc mam pomysła na pewne 3 (może 4) częściowe opowiadanko oraz na jedno dłuższe, które jak dla mnie jest totalnie głupie, ale w sumie jestem nienormalna, więc po mnie można się wszystkiego spodziewać XD

Jeździłam na nartach, niczego sobie nie złamałam, więc mogę dalej pisać :D Takie drobne pytanko.. Jeździł ktoś z was na snowboardzie? Bo ja bym chciała za rok spróbować... ^^ Hehe... Coś czuję, że to będzie komedia... Albo raczej dramat XD Ale każdy ma prawo się uczyć, więc wywrotki są obowiązkowe!! :D

Nie będę was to zanudzać, bo jeszcze mi tu uśniecie przed przeczytaniem rozdziału XD

W takim razie szybko zapraszam was do czytania! :*
_________________________________________________________________________________


~Aomine~
  O, bogowie, ta dzieciarnia mnie wykończy! I jeszcze musieli przybiec do mnie ta oczach całego Seirin! Po prostu lepiej być nie mogło… Jeżeli nie wykończy mnie Shosuke, to zrobi to Mito albo Isao. Słowo daję, że…!
 A w sumie… Szkolenie tych dzieciaków jest całkiem fajne. Mój Boże, czyżbym zmiękł?! Jeszcze trochę, a przez Akinę stanę się opiekunką do dzieci. I to darmową! Nie dość, że muszę poświęcać im czas, to nawet nikt mi za to nie zapłaci. Skandal!
 Patrzyłem uważnie na ruchy Isao i lekko się do siebie uśmiechnąłem. Dzieciak ćwiczył, co widać. Jak trenowałem go ostatnio, to nie potrafił nawet wykonać celnego rzutu za dwa punkty. Teraz trafia zdecydowaną większość, w dodatku nie męczy się tak szybko przy bieganiu. Muszę przyznać, że mnie pozytywnie zaskoczył.
 Przeniosłem swoje spojrzenie na Mito, który cały czas robił dwutakt. Brakuje mu jeszcze refleksu i szybkości, ale i tak jest lepiej, niż pół roku temu. Piłka nie wylatywała mu z rąk, a rzuty w większości były celne. Po każdym zdobytym punkcie patrzył na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym wracał do ćwiczeń.
 Zerknąłem na Shosuke. Dzieciak zaczął najpóźniej, więc jego umiejętności były gorsze. Co nie znaczy, że sobie nie radził. Chyba zafascynowały go rzuty za trzy punkty, bo ciągle starał się je wykonywać. Kiedy kolejny raz spudłował, podszedłem do niego.
 - Celuj w ten mały kwadracik nad koszem – powiedziałem, wyjmując ręce z kieszeni. Podał mi piłkę, a ja wykonałem perfekcyjny, jak zawsze, rzut.  – Wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że trafisz.
 Kiwnął głową, po czym spróbował mnie naśladować. Wyszło mu dopiero za trzecim razem, co jest naprawdę dobrym osiągnięciem, zważywszy na jego umiejętności. Kazałem mu powtarzać te rzuty przez najbliższy kwadrans, więc z zapałem wziął się do roboty.
 Podszedłem do Akiny, która siedziała na ławce i wpatrywała się w nas z uśmiechem.
 - Oni cię naprawdę lubią – odezwała się.
 - W końcu jestem zajebisty. – Usiadłem koło niej. – Ale tak serio to nawet nie wiem, czemu akurat mnie się uczepili. – Spojrzałem w niebo.
 - Nie lubisz ich? – Dotknęła ręką mojej dłoni.
 - Lubię, spoko z nich dzieciaki. Ale naprawdę nie wiem, co one we mnie widzą. Nigdy jakoś specjalnie nie gadałem z dziećmi, a oni tak nagle się pojawili…
 - Widać, że dobrze się z nimi dogadujesz, więc prawdopodobnie będziesz dobrym ojcem.
 - A ty mamusią moich dzieci – szepnąłem, całując ją w policzek, na co się od razu zarumieniła.
 - G-głupek! – Lekko mnie odepchnęła, ale po chwili szeroko się uśmiechnęła. – Na takie rzeczy dużo za wcześnie, kretynie.
 - Rozważam wiele możliwości.
 - Aomine! Aomine! – Usłyszałem krzyk Isao. – Możesz mi pomóc przy dwutakcie?
 Wstałem z ławki i podszedłem do niego.
 - Co ci nie wychodzi? – spytałem.
 - Nie radzę sobie z wyskokiem i trafnym rzutem… - mruknął, podrzucając lekko piłkę. – Po skoku jakoś trudno mi wcelować do kosza.
 - Zrób dwutakt.
 Wykonał moje polecenie, a ja uważnie przyglądałem się pracy jego rąk. Kiedy wylądował na ziemi, piłka odbiła się od obręczy i poturlała się do moich stóp.
 - Wiem, w czym problem – odezwałem się. – Po skoku za późno podnosisz ręce, przez to piłka nie wpada. Gdy tylko złapiesz piłkę w ręce, unieś je w górę, jednocześnie wyskakując.
 - Ale to trudne…
 - Ćwiczenie czyni mistrza, zapomniałeś? Dalej, ćwicz.
 Przez kilka minut przyglądałem się jego rzutom i mogę stwierdzić, że dzieciak szybko załapał, o co chodzi. Kiedy upewniłem się, że daje sobie radę, podszedłem do Mito, który po raz kolejny wykonał dwutakt.
 - Teraz spróbuj mnie minąć – odezwałem się, stając między nim a koszem.
 - He? – zdziwił się chłopiec.
 Po chwili jednak przyjął pozycję do ataku i zaczął kozłować piłkę. Trzy sekundy później spróbował przebiec koło mnie, ale z łatwością go zablokowałem.
 - Zapomniałeś o czymś ważnym – powiedziałem, oddając mu piłkę. – Kiedy mijasz przeciwnika, musisz mieć piłkę w dalszej ręce. Inaczej za każdy razem będziesz ją tracił.
 Pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym spojrzał na mnie z determinacją.
 - Jeszcze raz.
 Piętnaście minut później Mito otarł pot z czoła i usiadł na ziemi, zmęczony.
 - Aomine… zmęczyłem się – wyzipiał.
 - Nie dziwię ci się. – Podszedł do niego i pomogłem mu wstać. – Nieźle trenowałeś.
 Te dzieciaki są strasznie uparte. Oby się tylko nie przemęczały, bo inaczej mogą skończyć z kontuzją. Mój Boże, czyżby moja empatia wzrosła? Jakoś dla tych chłopców potrafię być miły i umiem z nimi normalnie rozmawiać. Przy nich zachowuję się jak dawny ja z gimnazjum. Ech, chyba mam jednak do nich jakąś słabość.
 - Czas się zbierać – oznajmiła Akina i wstała z ławki, podając mi moją sportową torbę.
 - Musimy już iść spotkać się z mamą – powiedział smutno Isao.
 - Odprowadzimy was kawałek, zgoda? – Moja dziewczyna ciepło się do niego uśmiechnęła, co dzieciak od razu odwzajemnił.
 - Ale mi się nie chce iść… - mruknął Mito i ziewnął. – Aomine, poniesiesz mnie na barana?
 - A czy ja ci na barana wyglądam? – spytałem sarkastycznie, na co chłopiec się zaśmiał. – No zgoda, kawałek mogę cię ponieść.
 Mito klasnął radośnie w dłonie, po czym wskoczył na moje plecy. Co te dzieciaki ze mną wyrabiają? Żebym ja, zajebisty Aomine Daiki, służył za środek transportu?
 Piętnaście minut później doszliśmy do miejsca, w którym musieliśmy rozstać się z dwoma braćmi.
 - Ale zobaczymy się jeszcze, prawda? – spytał z nadzieją Isao, patrząc raz na mnie, raz na Akinę.
 - Pewnie. – Moja dziewczyna pogłaskała go po głowie. – Jak się zobaczymy następnym razem, to też pójdziemy na boisko.
 Chłopcy uścisnęli nas na pożegnanie, przybili piątkę z Shosuke, po czym pobiegli w swoją stronę, cały czas rozmawiając o treningu. Patrzyliśmy na nich jeszcze chwilę, aż nagle Akina złapała mnie za rękę.
 - Może pójdziemy do Maji Burgera? – zaproponowała. – Jestem głodna, Shosuke też chyba chętnie by coś zjadł, racja? – Spojrzała na chłopca, a ten przytaknął.
 - To chodźmy.
 Zanim jednak ruszyliśmy się z miejsca, Anzai chwycił moją wolną dłoń i wsunął w nią swoją rączkę. No jak matkę kocham, przysięgam, że jeszcze trochę i zmięknę! Wzmocniłem lekko uścisk, na co chłopiec się lekko uśmiechnął. Świetnie… Z jednej strony Akina, z drugiej ten bachor. To niecodzienny widok, ale w sumie mi to nie przeszkadzało. Jedynie irytujące były komentarze starszych pań, które mijaliśmy po drodze. Zresztą nie tylko komentarze. Uśmiechy też. Nie rozumiem, czemu kobiety zawsze się takimi widokami zachwycają? Co w tym jest takiego niezwykłego?
 Kiedy weszliśmy do Maji Burgera, zamurowało mnie. Kagami Taiga, który siedział przy jednym stole wraz ze swoją drużyną, też nie był zachwycony widokiem mej zajebistej osoby. Widziałem, że brew mu zaczęła drżeć, co wyglądało naprawdę komicznie w jego przypadku.
 - Taiguś! – zawołał Shosuke i pomachał radośnie do chłopaka. Udało mi się powstrzymać atak śmiechu, co w tym momencie graniczyło z cudem.
 - Hej – mruknął Kagami, patrząc na nas ze zrezygnowaniem. – Czemu akurat ty? – Posłał mi nienawistne spojrzenie, a ja wzruszyłem ramionami.
 - Pogódź się z tym, że nie jesteś na poziomie Pokolenia Cudów – powiedziałem, siadając przy wolnym stoliku, jak najdalej od drużyny Seirin. Niestety lokal nie był duży, więc specjalnie się od nich nie oddaliliśmy.
 - Co chcesz do jedzenia? – spytała Akina, zajmując miejsce naprzeciwko Shosuke. Chłopiec uparł się, że chce siedzieć koło mnie, więc przesunąłem się, by miał miejsce.
 - Frytki – odpowiedział.
 - Tylko?
 - I shake’a czekoladowego.
 Prawie jakbym widział Tetsu… Tyle tylko, że on zawsze wybiera shake’i waniliowe i rzadko kiedy wybiera frytki.
 Nie, jednak Shosuke nie przypomina Kuroko. Mój błąd.
 Zamówiłem sobie kilka hamburgerów, a Akina wzięła tylko jednego.
 - Matko, Daiki, pod względem jedzenia naprawdę przypominasz Taigę – odezwała się, widząc moją porcję.
 - Nie porównuj mnie do tej zmutowanej genetycznie małpy – mruknąłem, gryząc pierwszego hamburgera.
 - Nie obrażaj mojego brata – syknęła i kopnęła mnie dyskretnie w kostkę.
 Jęknąłem cicho, prawie dławiąc się przy tym kawałkiem jedzenia. Shosuke przyglądał nam się z zaciekawieniem, a po chwili się uśmiechnął.
 - Jesteście naprawdę fajni – podsumował i wziął do buzi kolejną frytkę.
 Spojrzeliśmy na siebie, lekko zaskoczeni, ale odwzajemniliśmy uśmiech. Co ja mam z tym dzieciakiem… Serio, jeszcze trochę, a przez niego zmięknę. Jezus Maria, a jak mi się włączy instynkt ojcowski?! Jest w ogóle coś takiego? No skoro kobiety mają instynkt macierzyński, to faceci chyba też mogą mieć swój, nie?
 Westchnąłem cicho i pokręciłem głową. O czym ja, do cholery jasnej, myślę?! Tsk. Instynkt ojcowski. Pewnie, może od razu pomyślę o byciu dziadkiem?
 Kiedy chłopiec skończył jeść, drużyna Seirin akurat wstawała od stołu i z ponurymi minami wsuwała krzesła. Omiotłem im pogardliwym spojrzeniem, na dłużej zatrzymując się przy Tetsu.
 Tetsu… Czemu wybrałeś sobie takie słabe światło? Gołym okiem widać, że Kagami mi do pięt nie dorasta. Jak chcesz się stać silniejszy przy kimś takim? W jaki sposób chcesz mnie pokonać? Akashi miał rację. Twoja koszykówka nigdy nie wygra. Nasza dawna drużyna się rozeszła. Któryś z nas, z tej szóstki geniuszy, musi być najlepszy. Twoje nowe światło nie należy do Pokolenia Cudów. Więc czemu akurat on…? Czemu ta szkoła?
 Zawsze rozumieliśmy się na boisku, ale w życiu codziennym… Z tym było gorzej. Jednak teraz naprawdę nie rozumiem twojej decyzji. Mogłeś pójść do tej samej szkoły co ja, mogłeś iść z Kise… Nawet z Midorimą, ale nie. Ty wolałeś wybrać nową szkołę, nową drużynę koszykarską, której trenerka, pożal się Boże, ma rozmiar B. No tylko się załamać. I na twoim wyborem, i nad rozmiarem jej biustu.
 Po raz kolejny westchnąłem  i wstałem, przepuszczając chłopca.
 - Aomine… - zaczął Shosuke, przecierając ze zmęczenia oczy. – Poniesiesz mnie trochę? – Ziewnął.
 Ludzie… Za co? Za jakie grzechy? Znowu mam służyć za barana?
 Spojrzałem na chłopca i zobaczyłem, że naprawdę był zmęczony. Kolejny raz ziewnął, oczy same mu się zamykały. Popatrzył na mnie swoim błagalnym wzrokiem, a ja…
 Kurwa. Serio za miękki się robię.
 Kucnąłem przed nim, by mógł wejść na moje plecy, po czym włożyłem ręce pod jego kolana, by nie spadł.
 - Chodźmy już – powiedziała Akina i skierowała się w stronę drzwi.
Poczułem, jak chłopiec obejmuje moją szyję, po czym znów ziewa. Dlaczego ten bachor musi być taki słodki? Czemu nie potrafię mu odmówić?
 Wyszliśmy ze sklepu i… prawie wpadliśmy na jednego gracza z drużyny Seirin, która stała przed wejściem i patrzyła na swoją trenerkę. Widząc nas, decha skończyła paplać. Seirin spojrzało na mnie z gniewem, ale widząc dzieciaka na moich plecach, mocno się zdziwiło.
 - Ty… - syknął Kagami, zaciskając pięści. – Chcę rewanżu.
 - Co? – Zatrzymałem się przed nim, a w moim głosie można było wyczuć kpinę.
 - Za kilka miesięcy chcę rewanżu – wycedził przez zaciśnięte zęby, gapiąc się na mnie z nienawiścią. – Wtedy wygram i…
 - Weź mnie nie rozśmieszaj – parsknąłem śmiechem. – Na to o sto lat za wcześnie. Naprawdę myślisz, że do pokonania mnie wystarczy kilka miesięcy? Jak już sam zauważyłeś, jestem na innym poziomie niż Kise i Midorima. Nie zapominaj, by byłem asem w Teiko. A bycie asem jednak do czegoś zobowiązuje, orangutanie.
 - O..Orangutanie? – powtórzył, prawie że warcząc.
 - Aomine-kun. – Przede mną jak spod ziemi wyrósł Tetsu. – Gdy byliśmy jeszcze w gimnazjum, nie przybiłeś ze mną na jednym meczu żółwika.
 - He? – Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
 - Obiecaj mi, że jeśli wygramy, przybijesz go ze mną.
 - Testu, o co ci chodzi? – Nie tylko ja, ale również całe Seirin, gapiliśmy się na Kuroko z niezrozumieniem.
 - Po prostu obiecaj, Aomine-kun.
 - Niech ci będzie, obiecuję. – Gdybym tylko mógł, wzruszyłbym ramionami. – Pokonaj mnie – ominąłem go. – jeśli dasz radę – dodałem, oddalając się od Seirin.
 - Przepraszam za niego. – Usłyszałem jeszcze podenerwowany głos Akiny, po czym poczułem na sobie jej wrogie spojrzenie.
 - Przesadzasz – powiedziała, gdy skręciliśmy w najbliższą uliczkę.
Nie odpowiedziałem. Zapatrzyłem się przed siebie i kolejny raz tego dnia westchnąłem. Życie jest cholernie niesprawiedliwe. Wszyscy mają do mnie o coś pretensje. Drużyna o to, że nie chodzę na treningi. Akina o to, że jestem dla innych wredny i im dokuczam… Nawet Tetsu się czepia jakiegoś durnego żółwika! Owszem, kiedyś przybijaliśmy je właściwie na każdym meczu, ale później, gdy już stałem się samowystarczalny, ten odruch zanikał.
 A może to ja przestałem wyciągać do niego rękę?
 Nieistotne.
 Dlaczego tak bardzo mu na tym  zależy? Przecież ma nowe światło, niech z nim przybija żółwiki. Czemu chce to zrobić ze mną?
 O, bogowie… To jeden z najbardziej skomplikowanych ludzi, jakich znam.
 Odstawiliśmy Shosuke do jego domu, a następnie odprowadziłem Akinę. No co? Nawet ja mam przejawy dżentelmeństwa. Pożegnaliśmy się długim całusem, po czym poszedłem do swojego domu.
 Zadarłem głowę do góry.
 Księżyc i gwiazdy. Ciemne, prawie czarne niebo.. Tetsu, czy tym właśnie jesteś? Nocnym niebem? A kto jest księżycem? Nadal ja, czy Kagami Taiga?
 Nie, odpowiedź jest prosta. Ten orangutan zajął moje miejsce. Jestem zazdrosny? Nie, o co niby miałbym być? Jestem przecież samowystarczalny.
 On jest jak bardzo jasna gwiazda na niebie, za to ja mógłbym się bez problemu porównać do księżyca. W takim razie czemu Tetsu wybrał tak słabego gościa?
 A może jednak trochę mi brakuje gry z dawną drużyną?

 Tak ociupinkę…
_________________________________________________________________________________







piątek, 12 lutego 2016

Jak spędzają walentynki?

Wiem, że trochę na to za wcześnie, ale jutro wyjeżdżam na ferie i przez tydzień nie będę miała laptopa, więc wstawiam teraz :D A po powrocie dodam 41 rozdział, obiecuję ^^
Wracając jednak do teraz...
Jako iż nie mogłam się zdecydować, z którym paringiem napisać one-shota, napisałam kilka krótkich, naprawdę krótkich XD, miniaturek ^^ Oczywiście każda to inny paring, więc mam nadzieję, że każdy znajdzie coś, co mu się spodoba ;)

Życzę wam również:
* ciasteczek przygotowanych przez Himuro i Kagamiego :D
* namiętności Aomine ^^
* romantyczności Kise <3
* ciętych ripost Kuroko XD
* szczęścia Akashiego ;)
* mile spędzonego czasu z bliskimi wam osobami!!!

No.. To tyle z mojej strony :D

A teraz zapraszam na walentynkowego cosia! :D
_________________________________________________________________________________

                                        AoKise
   Czternasty lutego. Dzień, w którym zakochani wyznają sobie uczucia, dają sobie drobne upominki, są dla siebie uprzejmi, spędzają romantycznie czas…
 Oczywiście, jak to zwykle bywa, znajdą się pewne wyjątki.
 - Aominecchi! – jęknął Kise, gdy Aomine po raz kolejny tego dnia go zignorował.
 - No i czego się drzesz? – burknął Daiki, przeglądając kolejne strony swojego zboczonego pisemka.
 - Dziś są walentynki, mógłbyś być bardziej romantyczny i wykazać więcej uczuć niż zwykle! – Model zrobił nadąsaną minę, po czym skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. – I przede wszystkich odłóż wreszcie te pornosy.
 Kise odwrócił się do niego plecami, obrażony, i fuknął głośno, wyrażając swoje niezadowolenie. Nagle poczuł, jak silne ramiona Aomine oplatają go w pasie. Spojrzał zaskoczony na swojego chłopaka, a po chwili posmakował jego ciepłych ust.
 - To tylko durne święto. – Aomine oderwał się od jego warg.
 - Chciałem, żebyśmy zjedli dziś romantyczną kolację, nawet wziąłem świetny przepis od Kagamicchiego…
 - Mogę ci pokazać kilka romantycznych nowości w sypialni – przerwał mu Daiki i wgryzł się lekko w jego szyję.
 - Um.. Aominecchi, ty to się nigdy nie zmienisz – westchnął Kise, ale po chwili zarzucił swoje ramiona na jego szyję i namiętnie go pocałował. – Ale później zjemy tę kolację?
 - Ty mnie w zupełności nasycisz.
 Aomine podniósł Kise, po czym przeniósł go do sypialni. Co się dalej działo… Chyba się domyślacie.
  Tak wyglądają walentynki u przeciętnych AoKisów.
  Wróć. Tak właściwie wygląda przeciętny dzień u AoKisów, ale jak to Aomine powiedział, ma dla Kise romantyczne nowości w sypialni, więc jednak walentynki nie są zwyczajnym dniem. W końcu to czternasty lutego.

                                                               
                                      AoKaga
  - Jak ja tego nienawidzę. – Aomine padł na kanapę w salonie Kagamiego i westchnął głośno. – Wszędzie te cholerne serduszka, czerwień i wierszyki typu: na górze róże, na dole fiołki, kochajmy się razem jak dwa aniołki. Aż mi się rzygać od tego chce!
  - Fakt, ludzie czasem przesadzają. – Taiga usiadł obok swojego chłopaka i podał mu kubek z herbatą. – Ale to ma też swoje plusy. Ludzie zajmują się sobą nawzajem, więc nie zwracają takiej uwagi na innych.
 - Tia… - mruknął Daiki. – Ale te serduszka i tak są już irytujące.
 Kagami wstał nagle z kanapy i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił, niosąc w ręku talerz z czekoladowymi ciasteczkami w kształcie… serduszek. Postawił je na stole i ponownie usiadł na kanapie.
 - Wiesz, skoro masz dość serduszek, to sam je chętnie zjem – po wiedział, po  czym szeroko się uśmiechnął, widząc lekko zbaraniałą minę swojego chłopaka.
 - Ej, ej, ej! – wykrzyknął oburzony Aomine. – Tak to my się bawić nie będziemy. Czego jak czego, ale twojej kuchni to akurat nigdy za dużo. – Na potwierdzenie tych słów wziął do ręki jedno ciasteczko i wpakował je sobie do buzi. – Pycha… - Wziął kolejne. – Wiesz ty co… W sumie to takie serduszka nie są złe.
 - W Walentynki wypada być nieco bardziej romantycznym niż zwykle. – Kagami wziął do buzi wypiek i popił go herbatą. – Też mógłbyś coś zrobić.
 - Czekaj no, zaraz coś wymyślę.
 Aomine zrobił minę typowego myśliciela, podparł brodę dłonią i zamknął oczy.
 - Mam! – wykrzyknął po chwili. – Na górze Daiki, na dole Kagami, samą frajdą jest seks z nami.
 - To żeś się wysilił – mruknął Kagami i włożył do buzi kolejne ciasteczko.
 - Doceniłbyś moje starania. – Aomine przysunął się bliżej i wziął do ust połowę jego ciasteczka. – W końcu jestem zajebisty.
 - Czemu ja nawet w wierszyku muszę być uke? – burknął Taiga, ale po chwili leżał już potulnie pod swoim chłopakiem.
 - Bo rola seme jest już zarezerwowana. – Aomine złożył na jego wargach namiętny pocałunek. – To ten… Masz więcej tych ciastek na potem?
 Kagami uśmiechnął się lekko. Skinął głową, po czym zdjął z Daikiego koszulkę.
 - Romantycznych walentynek – szepnął, a po chwili ich usta złączyły się w namiętnym i długim pocałunku.

                                                           
                                     AkaFuri
    
    Akashi Sejiuro oraz Furihata Kouki spacerowali leśną ścieżką, trzymając się przy tym za ręce. Byli parą od pięciu lat, znali się jeszcze z czasów liceum. Walentynki, święto zakochanych, postanowili spędzić na długim spacerze. Z tej okazji obaj wzięli wolne w pracy i mieli czas tylko dla siebie. Przyszykowali sobie prowiant na piknik i poszli na wycieczkę.
 - Kouki, może się zatrzymamy? – Zaproponował nagle Akashi, zatrzymując się na obszernej polanie.
 - P-pewnie, Aka… Sejiuro. – Furihata uśmiechnął się lekko i pomógł swojemu chłopakowi rozłożyć koc.
 Po chwili obaj na nim usiedli i wyjęli z torby przygotowane wcześniej jedzenie – kanapki, ryż z mięsem oraz owoce i wodę. Oparli się o siebie i zaczęli jeść, słuchając przy tym śpiewu ptaków.
 - Sejiuro – zaczął niepewnie Furihata. – Dziękuję.
 - Za co? – Zdziwił się Akashi i przerwał jedzenie.
 - Że mnie tu przyprowadziłeś. – Uśmiechnął się lekko. – Naprawdę mi się tu podoba. No i jesteś tu ze mną, to najważniejsze.
 Akashi posłał swojemu chłopakowi ciepły uśmiech, po czym objął go ramieniem. Nagle sięgnął po coś do kieszeni, cały czas obejmując Furihatę. Po kilku sekundach klęknął na jedno kolano i chwycił jego dłoń, a w drugim ręku trzymał małe, otwarte pudełeczko, ze srebrną obrączką w środku. Brązowowłosy patrzył na niego w totalnym osłupieniu, a jego twarz powoli przybierała odcień czerwieni.
 - Furihata Kouki, czy chcesz mój do końca życia? – spytał Akashi, przybliżając mu pod nos pudełeczko. – Wolałbym, by odpowiedź była ,,tak” – dodał szeptem.
 Kouki siedział cały czas w jednym miejscu i wydawać by się mogło, że przestał oddychać. Prawie niezauważalnie skinął potwierdzająco głową, po czym najzwyczajniej w świecie zemdlał. W tym czasie Akashi założył mu na palec obrączkę i pogłaskał go po głowie.
 - Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień, co, kochanie? – Uśmiechnął się lekko i po raz kolejny spojrzał na palec swojego ukochanego. Teraz będą razem do końca życia.

                                         
                                     KagaKuro

  - Kuroko, ja naprawdę nie rozumiem, czego ty jeszcze chcesz – jęknął Kagami, gdy po raz kolejny Tetsuya zaczął temat zmian w ich związku.
  - Kagami-kun, czy to aż tak trudno zrozumieć? – Westchnął Tetsuya. – Jesteś wyjątkowo tępy.
  - Oi! Może byś mi po prostu wszystko wyjaśnił albo chociaż przybliżył niektóre swoje zachcianki?
  - A co tu wyjaśniać? Po prostu chcę, byś był bardziej romantyczny. – Kuroko zbliżył się do swojego chłopaka i wskazał mu palcem kalendarz. – Wiesz, jaki dziś dzień?
  - Piątek…
  - Nie o to mi chodzi. Naprawdę jesteś tępy. Dziś czternasty lutego, Walentynki.
 Kagami stał przez chwilę w bezruchu, po czym porządnie się zaczerwienił. Podrapał się nerwowo w tył głowy i odwrócił wzrok, zawstydzony.
  - Aa, to – burknął niepewnie. – Pamiętałem o tym! Po prostu…
  - Zapomniałeś – podsumował Kuroko i głośno westchnął. – Rozumiem też, że nie masz dla mnie żadnego romantycznego prezentu?
  - Nie no, skądże! – wykrzyknął zmieszany Taiga. – Ja… Wiesz…
  - Kagami-kun – zaczął Tetsuya. – czy mam ci o takich świętach przypominać miesiąc wcześniej, byś zdążył się przygotować? A może zapisywać ci to na czole?
  - Oi, Tetsuya!
  - To prawdopodobnie sprawiłoby, że już więcej byś nie zapomniał o takich dniach. Poza tym naprawdę mógłbyś być bardziej romantyczny. Czy to aż takie trudne, wysilić się od czasu do czasu na coś romantycznego? A już szczególnie w Walentynki. Zawiodłem się na tobie, Kagami-kun.
  - Ej, ej, ej! – Taiga chwycił swojego chłopaka za ramię, gdy ten chciał wyjść z salonu. – Pozwolę ci być dziś seme – szepnął.
  - Może powtórzyć, Kagami-kun? Nie dosłyszałem.
  - Możesz być seme – szepnął Kagami, ociupinę głośniej niż wcześniej.
  - Kagami-kun, mów głośniej.
 Taiga westchnął cicho, po czym spojrzał swojemu chłopakowi w oczy i krzyknął:
  - Będziesz dziś seme!
 W salonie zapanowała niezręczna cisza. Oczy Kuroko zalśniły szczęściem, natomiast twarz Kagamiego przybrała kolor, którego nie powstydziłby się żaden dojrzały pomidor. Trwali tak w totalnej ciszy, aż nagle odezwał się Tetsu:
  - Kagami-kun, nie o taki rodzaj romantyzmu mi chodziło, ale to i tak przyjemna odmiana. – Uśmiechnął się lekko, po czym pociągnął swojego chłopaka w stronę jego sypialni. – Kagami-kun, ale to nie będzie jednorazowe, mam rację?
  - A chyba ci się coś popierdoliło… - mruknął Taiga.
  - Mówiłeś coś, Kagami-kun? – Kuroko obrzucił go spojrzeniem zawodowego detektywa.
  - A nic, nic. – Czerwonowłosy odwrócił głowę i podrapał się nerwowo po karku. – Możemy już iść do łóżka?
 Takich Walentynek u Kagamiego i Kuroko jeszcze nie było.
 I chyba prędko nie będzie.

                                                         
                                        NijiHai
  
  - Kurwa! – szepnął Haizaki i wybiegł z sali gimnastycznej, ignorując nawoływania swojego kapitana. O, żeby być tylko jak najdalej od niego! Żeby tylko mnie nie dogonił!
 Takie myśli zaprzątały głowę Haizakiego Shogou, który po raz kolejny tego dnia doprowadził Nijimurę do stanu ,,jak cię złapię, to cię zabiję, zakopię, odkopię, zgwałcę i znów zabiję”. To oznaczało, że Shuuzou osiągnął najwyższy poziom zdenerwowania i jest gotowy ukarać młodszego kolegę w najbardziej bolesny i poniżający dla niego sposób.
  Haizaki przeklinał w myślach swojego kapitana oraz Kise Ryoutę, przez którego właściwie to wszystko się wydarzyło. No bo co on, najbardziej zajebisty chłopak w szkole, ma poradzić na to, że ten blond model jest takim niezdarą i wywalił się na Aomine, zdzierając sobie przy tym kolano?! Na jego nieszczęście, Nijimura to wszystko widział. Właściwie to nie był wypadek, bo Haizaki popchnął Kise, ale żeby od razu robić z tego taką aferę?! Ludzie, to tylko blond ciota, która jest bożyszczem japońskich nastolatek! A że nie umie utrzymać równowagi przy prostym popchnięciu, to już jego problem!
  Chociaż to właśnie Haizkiemu się oberwie, bo on spowodował całe to zamieszanie. Nie byłoby tak źle, gdyby wcześniej nie wylał herbaty na Nijimurę, nie droczył się z nim, nie wyzywał go, nie wdał się w bójkę z Aomine oraz po raz dziesiąty w ciągu miesiąca nie opuścił treningu.
  Haizaki przypomniał sobie w myślach wszystkie te sytuacje, w których wkurzał swojego kapitana i doszedł do wniosku, że jednak ociupinę przesadził.
  - No ale żeby aż tak się wściekać? – mruknął do siebie i minął kolejną pustą klasę. – Dlaczego zawsze mnie się dostaje? Ci kretyni też nie byli bez winy… Ale nie, wielki Nijiumura, kapitan Pokolenia Zjebów, musiał uwziąć się akurat na mnie!
  - Ty też do tych zjebów jeszcze należysz. – Kiedy usłyszał ten dobrze mu znany głos, aż podskoczył.
  - O, słyszałeś… - Zaśmiał się cicho, ale zaraz się wyprostował i zrobił minę typowego chuligana, który ma na wszystko wyjebane.
  - Idziemy, ale już! – Nie czekając na reakcję Haizakiego, Shuuzou pociągnął go za ramię i zaczął prowadzić w tylko sobie znanym kierunku.
  - Kurwa, puść mnie! – Próby wyrwania się tylko pogarszały sytuację szarowłosego , który i tak miał już przejebane. W końcu wściekły Nijimura oznacza bolesny gwałt na jego tyłku. Na samą myśl o tym Shugou aż cicho jęknął.
 Nijimura wepchnął go do pustej klasy i zamknął drzwi na klucz. Haizaki oparł się o jedną z ławek i patrzył na swojego kapitana lekko zaniepokojonym wzrokiem, jednocześnie szukając czegoś do obrony.
  - Nawet o tym nie myśl – warknął Shuuzou i zaczął się do niego zbliżać. Na jego twarzy wypisana była chęć gwałtu i mordu, co tylko powodowało w Haizakim większy strach.
 Zerwał się do ucieczki, ale nie zdążył zrobić nawet kroku, bo Nijimura chwycił go za przedramię i popchnął na ławkę.
  - Kurwa… - burknął Haizaki, próbując mu się wyrwać.
  - Owszem, jesteś moją kurwą. – Shuuzou pochylił się nad nim i ugryzł go w ucho.
  - Ała! Ty cholerny pojebie, to boli!
  - A ty myślisz, że co? Że zaciągnąłem cię tu dla twoich przyjemności? Musisz odpokutować za swoje grzechy.
 Ściągnął z Haizkaiego koszulę, zerwał mu krawat z szyi, a na koniec pozbawiło dolnej części ubioru. Odwrócił go na brzuch, tak, by był wypięty w jego stronę, po czym wszedł w niego bez ostrzeżenia. Shugou warknął głośno i zaczął wymyślać dla swojego kapitana najgorsze wyzwiska.
  - Wesołych walentynek – szepnął nagle Nijimura.
  - Ja ci dam, kurwa, wesołych – jęknął Haizaki, mając ochotę zapaść się pod ziemię.
 W sumie to mógł się czegoś takiego spodziewać. Jedno jest pewne – te walentynki zostaną mu w pamięci na długo. Tak samo, jak długo bolała go dupa.

                                                      
                                                                     MidoTaka
   Midorima Shintarou siedział w swoim gabinecie i przeglądał karty pacjentów. Lubił swoją pracę, ale czasami miał po prostu dość tych wszystkich papierów oraz dokumentów. A że był naprawdę docenianym lekarzem, pacjentów mu cały czas przybywało. Dłużej musiał siedzieć w szpitalu, częściej brał nadgodziny, zaniedbywał odpowiednią dietę.. I rzadziej spotykał się ze swoim chłopakiem – Takao Kazunarim. Sam zaczął to dostrzegać i widział, że przeszkadza to jego partnerowi. No ale cóż poradzić? Taka praca.
 Nagle usłyszał dźwięk swojego telefonu. Podniósł słuchawkę i westchnął cicho, gdy zobaczył, kto do niego dzwoni.
 - Shiiiin-chaaan! – Krzyk Takao prawie spowodował u niego utratę słuchu. Odsunął komórkę od ucha, po czym poczekał chwilę, zanim Kazunari skończy nawijać.
 - Oj, Takao – przerwał mu Midorima i usadowił się wygodniej w fotelu. – Możesz wszystko przetłumaczyć na japoński?
 - Shin-chan, jak zwykle mnie nie słuchasz! – Shintarou mógł przysiąc, że jego chłopak robi minę zbitego psa. – Mam dla ciebie niespodziankę, więc mógłbyś być dziś wcześniej w domu?
 - Takao, o jaką…
 - Przyjedź, to zobaczysz.
 Na tym zakończyła się ich rozmowa. Midorima westchnął, zrezygnowany, po czym wziął do ręki swój kalendarz, by wpisać na jutro kolejnych pacjentów. I wtedy coś przykuło jego uwagę.
 - Czternasty lutego – szepnął sam do siebie. – Jaki ty jesteś głupi, Takao…
  Spakował szybko swoje rzeczy i wyszedł z gabinetu, żegnając się z mijanymi po drodze lekarzami. Kiedy dojechał do domu, była dwudziesta pierwsza piętnaście. Otworzył drzwi i od razu powitał go Takao, który uwiesił się na jego szyi.
 - Shiiin-chaan! – wykrzyknął uradowany. – Jak dobrze, że już jesteś! – Pocałował Midorimę i pociągnął go w stronę salonu.
 - Oj, Takao, daj mi się chociaż rozebrać.
 - Nie przesadzaj. Za chwilę i tak się będziesz rozbierać!
 Midorima nagle drgnął, a jego policzki stały się dziwnie czerwone.
 - Shin-chan, czy ty się rumienisz? – Kazunari do niego podszedł i dotknął jego policzków. – To naprawdę słodkie. – Przekrzywił głowę lekko w bok i szeroko się uśmiechnął. – A teraz patrz!
 Wskazał ręką na drewniany stolik stojący na środku salonu, po czym uważnie spojrzał na twarz swojego chłopaka.
 - Takao, to… - zaczął Shintarou, mocno zszokowany.
 - Tak. – Kazunari kiwnął głową, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Dałeś mi to na naszej pierwszej randce.
 Midorima wziął do ręki ich wspólne zdjęcie i patrzył na nie przez dobrych kilka sekund.
 - Znalazłem je ostatnio, więc pomyślałem, że jak je ustawię w głównym punkcie naszego domu, to idealnie się wpasuje. – Wziął Midorimę za rękę. – Ne, Shin-chan, podoba ci się?
 - Czasem naprawdę masz dobre pomysły – powiedział Shintarou i odstawił zdjęcie z powrotem na stolik.
 - Czasem? – mruknął Kazunari, udając obrażonego.
 - Tak, czasem. – Midorima przybliżył swoje usta do warg Takao. – Ale wtedy są naprawdę dobre i mi się podobają. – Pocałował swojego chłopaka, ściągając przy tym płaszcz.
 - Shin-chan… - zaczął Kazunari, zarzucając ręce na szyję Midorimy. – Cieszę się, że ten walentynkowy wieczór możemy spędzić wspólnie.
 Midorima w odpowiedzi uśmiechnął się lekko, po czym przyciągnął do siebie Takao, namiętnie go całując. Cóż, nawet on ma przebłyski romantyzmu, które Kazunari uwielbia wykorzystywać.

                                               
                                       AoKuro
 Czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego się w nim zakochałem?!
 Owszem, jest przystojny i ma… dość interesujący charakter, ale żeby po raz kolejny wciskać mi swojego psa do opieki?! Nie żebym miał coś do Nigou, bo to naprawdę fajny kundel, ale ostatnio więcej czasu poświęcam jemu niż koszykówce, czy nawet Tetsu! A tak nie powinno być w związku.
 Kiedy przyszedłem pod szkołę Tetsu, zobaczyłem przed bramą Kagamiego, który za wszelką cenę starał się odgonić od siebie Numer Dwa. Serio… Nie rozumiem, jak można tego psa nie lubić. Nawet ja stwierdziłem, że jest słodki!
 - Yo – przywitałem się, siłą woli powstrzymując atak śmiechu. – Gdzie Tetsu?
 - Mówił, że ma coś do załatwienia – mruknął, oddalając się od psa. – Prosił, żebym przypilnował Dwójkę do twojego przyjścia.
 - Ta… A nie mówił może, kiedy wróci?
 - Nie. M-muszę już.. Aj! – krzyknął nagle, gdy Nigou dotknął łapą jego nogi.
 - Ty się go serio boisz. – Zaśmiałem się.
 - Ty się nie śmiej, tylko spadaj już!
 Pogłaskałem Numer Dwa, po czym ruszyłem w stronę swojego domu, nawołując za sobą Nigou. Kiedy przechodziliśmy przez park, ukucnąłem przed nim i zacząłem głaskać go za uszami. Wtedy coś przykuło moją uwagę. Nigou za obrożą miał mały kawałek papieru. Wyjąłem go i otworzyłem.
 - Czternasty lutego – powiedziałem sam do siebie. – Walentynki.
 I co z tego, że walentynki? Wielkie mi rzeczy! Wszędzie te serduszka, słodycze, balony, kartki z wyznaniem uczuć… Żenada! Kto by się bawił w takie coś? Jednak Tetsu chyba czegoś ode mnie oczekuje, skoro w taki sposób mi o tym przypomniał… Bomba, niby co miałbym zrobić? Zaprosić go na romantyczną kolację do jakiejś drogiej restauracji? Udekorować dom sercami? Upiec mu ciasto? Pójść z nim do łóżka? Właściwie to ostatnia opcja bardzo mi się podoba. Jednak znając Kuroko, pewnie by się na mnie obraził, że jestem taki zboczony i w kółko tylko o tym myślę. A potem miałby na mnie kilkudniowego focha.
 Podrapałem się w tył głowy i spojrzałem na bawiącego się psa. Co Tetsu chciałby dostać? To musi być coś, co go uszczęśliwi i spowoduje, że będzie bardziej chętny na pieszczoty.. No co? Seks też musi być!
 I wtedy mnie olśniło. Poszedłem szybko do sklepu, by kupić kilka potrzebnych rzeczy. Następnie udałem się do domu i zadzwoniłem po Tetsu, by dziś do mnie przyszedł.
 - No, Dwójka, twój pan wkrótce wpadnie z wizytą – powiedziałem i pogłaskałem psa.
 Kundel szczeknął radośnie, jakby mnie rozumiał, i zamerdał ogonem. Ja w tym czasie poszedłem do kuchni, by przyrządzić coś słodkiego.
 Pół godziny później usłyszałem dzwonek do drzwi. Z uśmiechem na ustach poszedłem otworzyć drzwi, które po chwili przekroczył Tetsu.
 - Yo, fajnie, że wpadłeś. – Pocałowałem go na przywitanie i zaprosiłem do środka. – Poczekaj na mnie w salonie, zaraz tam przyjdę.
 Czmychnąłem szybko do kuchni i wziąłem do ręki dwie miseczki z budyniem waniliowym, na który nałożyłem bitą śmietanę, tworząc z niej serduszka. Na koniec dodałem wisienki i przygotowałem dwa waniliowe shake’i. Położyłem to wszystko na srebrnej tacy, po czym zaniosłem do salonu, gdzie czekał na mnie Kuroko. Kiedy to przed nim postawiłem, spojrzał na mnie zdziwiony, ale chwilę później szeroko się uśmiechnął, co jest u niego ogromną rzadkością.
 - Aomine-kun, sam to zrobiłeś? – spytał, biorąc do ręki jeden budyń.
 - Pewnie – odpowiedziałem, siadając obok niego. – Aż taką ciotą w kuchni nie jestem.
 Zajęliśmy się jedzeniem, a na koniec popiliśmy wszystko shake’ami. Nagle Kuroko usiadł mi na kolanach i pocałował mnie.
 - Dziękuję, Aomine-kun – szepnął. – To naprawdę smaczny prezent prosto od serca.
 - Się wie, Tetsu! – Objąłem swojego chłopaka, mocniej go do siebie przyciągając. – W końcu cię kocham.
 - Ja.. – Zaciął się, lekko się rumieniąc i patrząc mi uważnie w oczy. – Też cię kocham, Aomine-kun.
 A wiecie, co było potem? Łóżko! Jednak opłaca się czasem zrobić dla Tetsu coś romantycznego, bo później seks z nim jest jeszcze większą przyjemnością niż zwykle! Ach, chyba od tej pory czternasty lutego pozostanie dla mnie ważną datą i będę o niej pamiętał. Ten dzień ma też swoje plusy.


                                     MuraMuro
  
  Himuro Tatsuya stał przed półką ze słodyczami i próbował wybrać jakieś ciasteczka, które podarowałby swojemu chłopakowi. W końcu dziś Walentynki – święto zakochanych. Wypadałoby zrobić coś miłego dla osoby, którą się kocha. 
  Kupił mąkę, jajka, lukier, masło i wrócił z tym do domu. Spojrzał na zegarek i wszedł szybko do kuchni, biorąc się za przyrządzanie ciasteczek czekoladowych. Murasakibara ma wrócić za godzinę, więc Himuro musi się sprężyć.
 Kiedy skończył gnieść ciasto, zadzwonił jego telefon. Syknął pod nosem, niezadowolony, po czym odebrał.
 - Ne, Muro-chin. – Usłyszał w słuchawce leniwy głos swojego chłopaka. – Będę za jakieś dziesięć minut, udało mi się wcześniej skończyć trening.
 No nie! Nie po to Tatsuya zwolnił się z treningu, by teraz się ze wszystkim nie wyrobić! Murasakibara nie może jeszcze wrócić, to za wcześnie! Przecież ciasteczka się jeszcze nie upiekły!
 - Mógłbyś wejść jeszcze do sklepu po… - zaciął się, próbując na szybko wymyślić coś do kupienia. – Ziemniaki!
 - Ziemniaki? – Zdziwił się Atsushi. – A po co ci ziemniaki? I tak nie jadasz ich często, Muro-chin.
 - Ale dziś potrzebuję! – Himuro zaczął się trochę denerwować. A co, jeśli Murasakibara odmówi? Nie, on mu nigdy nie odmawia..
 - Nech, ile ich chcesz?
 - Trzydzieści kilo – odpowiedział szybko, zaraz żałując swojej decyzji.
 - Aż tyle? Muro-chin, przecież…
 - Po prostu kup, dobra? Do zobaczenia! – Nie czekając na sprzeciw swojego chłopaka, rozłączył się i westchnął głęboko. Odłożył telefon i wstawił ciasteczka do piekarnika.
 Usiadł na kanapie i co chwila zerkał nerwowo na drzwi, obawiając się wcześniejszego przyjścia Murasakibary.
Oby była kolejka w sklepie, powtarzał sobie w myślach, odmierzając czas do wyjęcia ciasteczek. W końcu usłyszał znajome piknięcie, oznaczające koniec pieczenia. Z uśmiechem na ustach poszedł do kuchni i wyjął słodkości z piekarnika. Rozłożył je na sporym talerzu i zaniósł na stół w salonie.
 - Teraz tylko wystarczy poczekać na Atsushiego i…
 W tym momencie drzwi do domu otworzyły się i stanął w nich Murasakibara. Od razu poczuł smakowity zapach i ślina napłynęła mu do ust.
 - Ne, Muro-chin, zrobiłeś ciasteczka? – spytał, zdejmując buty.
 Worek ziemniaków postawił przy wejściu i skierował się do salonu. Już wyciągał rękę po ciasteczko, ale Himuro chwycił go za przedramię.
 - Spokojnie, zjesz, jak umyjesz ręce – powiedział z uśmiechem.
 Murasakibara niechętnie powlókł się do łazienki, gdzie szybko umył dłonie. Następnie podszedł do swojego chłopaka i dał mu buziaka na powitanie.
 - Teraz mogę? – spytał z nadzieją.
 - Teraz tak.
 Obaj usiedli na kanapie, zajadając się pysznościami przygotowanymi przez Himuro. Właściwie to Atsushi się zajadał, Tatsuya skubnął zaledwie kilka ciasteczek.
 - Muro-chin jest słodki – powiedział nagle Murasakibara, odstawiając pusty talerz na stół.
Himuro się zaśmiał, po czym wtulił w ramię swojego chłopaka.
 - W końcu dziś walentynki.
 - Nie, Muro-chin jest zawsze słodki. – Murasakibara przytulił go do siebie.
 - Wiesz, Atsushi, zastanawiam się nad jedną rzeczą – mruknął nagle Himuro, spoglądając na przedpokój.
 - He?
 - Co my zrobimy z tymi ziemniakami?
_________________________________________________________________________________