poniedziałek, 22 lutego 2016

Zemsta (cz.1)

Yo, człowieki, którzy tu zaglądacie!

To, co napisałam, jest... Zresztą sami się przekonacie XD
Częściowo może Haizaki x Kise, częściowo AoKise :D :D To opowiadanko będzie miało jeszcze prawdopodobnie 2, góra 3 rozdziały, więc nie będzie długie ;)
Wprawdzie ten pierwszy rozdział wyszedł na ponad 8 stron Worda, ale to nic nie znaczy XD Tak się rozpisałam, że nawet tego nie zauważyłam :P Mam nadzieję, że długość wam nie będzie przeszkadzała ;)

W ogóle to lubicie Haizaki x Kise? Ogólnie to opko ma być AoKise, ale w pierwszej części tego rozdziału było tak jakby HaiKise, więc... Nieważne XD opowiadanie to AoKise i nic tego nie zmieni! :D Pytam po prostu, na przyszłość ;)

Nie będę was zanudzać, życzę miłego czytania ;* I błagam, nie zabijacie Haizakiego! To robota dla Aosia! Chociaż jeśli chcecie, możecie mu pomóc ;)

_________________________________________________________________________________

Haizaki Shogou kopnął kolejną pustą butelkę, po czym przeklął siarczyście, nie odwracając wzroku od tłumu wychodzącego z hali sportowej. Wypatrywał Kise Ryouty, na którym chciał się zemścić za przegrany mecz. No jak ten ciotowaty gnojek śmiał go tak poniżyć?! I to na oczach publiczności! Skandal! Zemsta go całkowicie zaślepiła i nie obchodziły go konsekwencje, jakie będzie musiał ewentualnie ponieść. Chuj w dupę Ryoucie i będzie dobrze. Ten skurwysyn zasłużył. W końcu nikt, ale to nikt, nawet ta gnida z gimnazjum, Akashi, nie ma prawa go poniżać i z nim wygrywać.
 Kise zajął kiedyś jego miejsce w głównym składzie, a teraz on zajmie się nim. I to porządnie. Ktoś przecież musi zeszpecić tę umazaną mordę, nie? A najlepszy do tej roboty jest Haizaki. Jak go skopie, podrapie, uderzy, napluje na niego, to się chyba nic wielkiego nie stanie. Najwyżej nie zagra w kilku, może kilkunastu najbliższych meczach i trafi do szpitala. A za takie pobicie to jaka jest kara? I tak jest nieletni, więc go nie zamkną.
 Wzruszył ramionami i splunął na chodnik, nawet nie patrząc na dwie dziewczyny z dużymi cyckami, które akurat obok niego przechodziły. Normalnie to już by zagadał do tej ładniejszej, zapraszając ją na szybki numerek. Teraz liczyła się tylko zemsta. Najważniejsze było to, by dokopać Kise.
 - Daruj sobie czekanie na drużynę Kaijo. – Usłyszał nagle za plecami znajomy głos. – Kise i tak prędko z tej szatni nie wyjdzie.
 Odwrócił się błyskawicznie i spojrzał zaskoczony na Aomine, który za nim stał. Ręce miał włożone w kieszenie swojej kurtki, a jego spojrzenie odstraszyłoby każdego żółtodzioba. Haizaki jednak miał z tym wzrokiem styczność kilka razy w gimnazjum, więc zbytnio się tym nie przejął, mimo tego, że oczy Daikiego wyglądały bardziej przerażająco niż kilka miesięcy temu.
 - A ktoś się ciebie pytał o zdanie? – prychnął bezczelnie i oparł dłonie na biodrach.
 - Zostaw Kise w spokoju – warknął Aomine, siląc się na spokojny ton. – Niedługo stoczy pojedynek z Tetsu, więc masz im nie przeszkadzać.
 - O, a kiedy to zrobił się z ciebie taki aniołek, co? – Polizał swój kciuk, co w oczach Aomine od zawsze wyglądało strasznie obleśnie.
 - Powtórzę raz jeszcze – zostaw Kise w spokoju.
 - A jak nie to co? He? Jeśli chcesz, bym sobie poszedł, zmuś mnie do tego siłą! – Zacisnął pięść, po czym zaczął biec w stronę ciemnoskórego.
 - Wedle życzenia. – Po chwili poczuł na swoim policzku jego pięść i upadł na chodnik.
 Nie ruszał się przez kilka sekund i miał zamknięte oczy. Kiedy usłyszał ciche westchnięcie Aomine i jego kroki, usiadł na ziemi i pokazał mu środkowy palec, którego ten już nie mógł zobaczyć.
 Otrzepał się i szybko spojrzał na drzwi. Nadal nic. Wyszły tylko jakieś rozgadane dziewczyny oraz starszy mężczyzna. Haizaki zaczynał się już niecierpliwić. Ile można się przebierać?! Pewnie złapały go po drodze fanki, ale od czego, do kurwy nędzy, jest kapitan?! Haizaki podejrzewał, że Kise dostanie od wielbiących go dziewczyn masę prezencików, pierdołów, miłosnych listów i bogowie wiedzą jeszcze czego.
 I wtedy wpadł na genialny pomysł.
 Pobiegł szybko na pocztę, która znajdowała się na drugim końcu ulicy, i wziął stamtąd niewielki kawałek kartki oraz długopis. Szybko nabazgrał na niej kilka słów, po czym z triumfalnym uśmiechem na ustach wrócił pod halę. Oczywiście Kaijo jeszcze stamtąd nie wyszło.
 Przeczytał jeszcze raz swoją wiadomość i wykrzywił usta w perfidnie zboczonym i okrutny czymś, co miało być prawdopodobnie uśmiechem.
 Wszedł do budynku, uważnie rozglądając się wokół. Nie chciał zostać zauważony, więc w stronę szatni szedł prawie że na palcach. Ostrożnie zajrzał do pomieszczenia przez dziurkę od klucza, po czym uśmiechnął się wrednie, widząc tam swoją ofiarę.
 Karteczkę położył pod drzwiami, wcześniej pisząc na niej nazwisko Ryouty. Ta ciota na pewno przyjdzie. Udał się więc do męskiej toalety, po drodze mijając jakiegoś staruszka. Podszedł do lustra i polizał swojego kciuka.
 - No, Ryouta, czas na zemstę – powiedział do siebie i poluzował krawat na swojej szyi.

                                                                       
                                                                                       ***
 Kise stał pośrodku szatni, patrząc z uśmiechem na senpaiów cieszących się ze zwycięstwa. Któryś po raz kolejny klepnął go w ramię, śmiejąc się przy tym głośno.
 - Kise, to, co zrobiłeś, jest wręcz niewyobrażalnie wspaniałe! – Hayakwa podniósł butelkę wody, po czym upił porządnego łyka. – Żeby tak skopiować członków Pokolenia Cudów! Talent! Prawdziwy talent!
 Pewnie takich pochwał byłoby więcej, gdyby nie Kasamatsu, który zawiesił swoją torbę na ramieniu i krzyknął:
 - Drużyna! Jutro rano trening, więc nie czas na obijanie się! Niedługo gramy z Seirin, więc świętowanie na razie sobie odpuścimy. Od razu mówię, że jeśli zobaczę, że któryś z was się obija, to gorzko pożałuje! A teraz do wyjścia! Czas odpocząć po dzisiejszym meczu.
 Moriyama stał najbliżej drzwi, więc pierwszy je otworzył. Natychmiast zobaczył niewielką karteczkę i wziął ją do ręki.
 - Kise, do ciebie. – Podał kartkę blondynowi.
 - Ha? – Westchnął model. – Pewnie kolejna fanka. – Wziął ją do ręki i zaczął czytać. – Aominecchi? – mruknął pod nosem. – Nie czekajcie na mnie, muszę jeszcze coś załatwić! – dodał szybko, po czym opuścił szatnię, ignorując pytania swojego kapitana.
 Kise zastanawiał się, czego o tej porze może chcieć od niego Aomine. A właściwie czego on w ogóle może chcieć. Ostatnio nie gadali często… No dobra, praktycznie się ze sobą nie kontaktowali, ale skoro posunął się do wysłania karteczki, to musi mieć ważny powód. Przynajmniej oby tak było. Bo na nocne one-on-one to Kise nie miał po meczu najmniejszej ochoty.
 Wrzucił karteczkę do kosza i nawet nie spojrzał, czy do niego wpadła.
 Ale dlaczego jak człowiek nie wysłał SMS’s? Przecież ma do niego numer, więc w czym problem?
  Model westchnął cicho i skręcił w boczny korytarz, kierując się do toalety. Pokręcił szybko głową i przełknął nerwowo ślinę. Nie zawsze go rozumiał, więc nie był pewien, czego się może po nim spodziewać. I to w dodatku w toalecie. Bo jak mu zaproponuje wspólne oglądanie swoich świerszczyków, to… Sam jeszcze nie wiedział, co mu zrobi, ale jak już na to wpadnie, to Aomine pożałuje.
 Stanął przed drzwiami toalety i wpatrywał się w nie tępo przez kilkanaście sekund.
 Czego Aomine może od niego chcieć?
 Westchnął cicho, po czym nacisnął klamkę. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
 - Aominecchi? – spytał, gdy nikogo nie zauważył.
 - Niespodzianka. – Usłyszał tuż koło swojego ucha. Błyskawicznie się odwrócił i napotkał wściekłe spojrzenie Haizkaiego. – Taka mała zamiana, OK? Przyszedłem tu za Daikiego.
 - Ty… Ty napisałeś tę kartkę? – szepnął Kise, odruchowo cofając się kilka kroków.
 - Brawo, geniuszu! – Shogou zaklaskał w dłonie, udając zachwyt. – Twoja dedukcja jest prawidłowa. – Podszedł do blondyna i zabrał mu jego torbę, ciskając ją w kąt. Model nawet nie zdążył zaprotestować, a brązowowłosy przyszpilił go do ściany. – Nienawidzę, gdy ktoś tak ze mną pogrywa, Ryouta – warknął mu prosto w twarz, mocniej ściskając jego ramiona. – Ciebie nienawidzę od zawsze. Nie dość, że przez ciebie wyleciałem z drużyny w Teiko, to jeszcze teraz mnie ośmieszyłeś. Tego już ci nie podaruję! – syknął, po czym go spoliczkował.
 Kise był w takim szoku i czuł takie przerażenie, że nawet nie dał rady krzyknąć. Nogi pod nim lekko drżały, poczuł na plecach kropelki poru.
 - Haizakicchi – zaczął, ignorując ból na ramionach. – Może po prostu sobie wszystko wyjaśnimy i…
 - Kpisz sobie ze mnie?! – warknął Haizaki, jeszcze mocniej przyciskając go do ściany. – Zemsta cię, mój drogi pięknisiu, nie ominie.
 Po tych słowach Haizaki odwiązał jego krawat i spojrzał na niego z chytrym błyskiem w oku. Kise mimowolnie przełknął ślinę, bojąc się jego kolejnych ruchów.
 - C-co ty chcesz…? – Nie dokończył, bo Haizaki gwałtownie go obrócił, tak, że tym razem brzuchem dotykał ściany.
 - Kara musi być – szepnął Shogou, po czym szybko związał nadgarstki Kise.
 - P-przestań! – pisnął model, gdy zaczął się domyślać, co Haizaki chce zrobić. Próbował się rozwiązać, ale w niczym mu to nie pomogło. – Błagam, puść mnie! Nigdy więcej się nie spotkamy, nikomu nie powiem o…
 - Morda! – krzyknął brązowowłosy, biorąc do ręki swój krawat. – To po to, byś nie krzyczał – szepnął i zakneblował nim usta modela.
  Ryouta wydał z siebie dźwięk, który prawdopodobnie miał być piskiem lub krzykiem, ale został zagłuszony przez materiał ubrania oraz łzy.
 - Och, czyżby moja ofiara płakała? – spytał wrednie, po czym zlizał z jego policzków mokre krople.
 Kise chciał odwrócić głowę, ale Haizaki mu na to nie pozwolił. Złapał jego policzki w swoje dłonie i niebezpiecznie się do niego zbliżył. Zaczął gryźć jego skórę, zostawiając po sobie czerwone ślady. Ryouta próbował się szarpać, ale kiedy Shogou przycisnął go do ściany swoim ciałem, nie miał możliwości ruchu. Piszczał więc najgłośniej jak umiał, patrząc na swojego oprawcę błagalnym wzrokiem.
 - Uwielbiam to spojrzenie. – Haizaki spojrzał mu w oczy. – Ten strach, to przerażenie, ta bezradność… Mógłbym mieć takie widoki znacznie częściej.
 Przygryzł płatek jego ucha, na co model cały się spiął i odwrócił głowę, zamykając oczy.
 - Ha? – Ciemnowłosy ugryzł go w policzek. – Masz się na mnie patrzeć! Chcę widzieć ten wyraz twarzy! – Obrócił go w swoją stronę i ścisnął jego brodę.
 Kise skrzywił się i zadrżał z przerażenia. Kiedy Haizaki ugryzł go w szyję, pisnął głośno i się szarpnął. Shogou go za to ponownie spoliczkował i uśmiechnął się wrednie, widząc jego strach i bezradność.
 - No, Ryouta, co powiesz na pewną zabawę? – szepnął mu do ucha, przygryzając mocno jego płatek. – Chociaż zabawnie będzie tylko dla mnie, ale w takie gierki przyjemniej się gra we dwójkę, nie sądzisz? – warknął, po czym rozerwał guziki jego koszuli, nie kłopocząc się nawet z ich odpinaniem.
 Kise pisnął przerażony i chciał w jakikolwiek sposób zaprzestać jego poczynań, jednak nie miał żadnego pomysłu. Mimowolnie zadrżał, gdy jego koszula znalazła się na podłodze. Haizaki, widząc jego reakcję, uśmiechnął się kpiąco i wgryzł się w jego obojczyk. Zęby nawet lekko przebiły skórę modela, w wyniku czego poleciała po niej stróżka krwi, którą Shogou natychmiast zlizał, wprawiając tym samym Kise w jeszcze większe obrzydzenie.
 - To dopiero początek, Ryouta – szepnął Shogou i sięgnął dłonią do jego paska od spodni.
 Model kopnął go w łydkę, przez co Haizaki cofnął się o kilka kroków i lekko się schylił. Blondyn wykorzystał sytuację i ominął go, biegnąc do wyjścia. Nie obchodził go brak koszuli, na spadające spodnie też nie zwrócił zbytniej uwagi. Najważniejsze było opuszczenie tego pomieszczenia. Kiedy jednak dobiegł do drzwi, nie mógł ich otworzyć. Ponieważ miał skrępowane ręce, wciśnięcie klamki było dla niego ogromną trudnością. Nawet nie zdążył jej dotknąć, bo Haizaki pobiegł do niego od tyłu i popchnął go na podłogę, po czym na nim usiadł.
 - Ryouta, nieładnie – warknął, nachylając się nad jego uchem. – Chciałeś mnie wkurwić jeszcze bardziej? Gratuluję, właśnie ci się to udało!
 Ściągnął z niego spodnie i mocniej przycisnął go do zimnej posadzki. Nie zwracał uwagi na jego piski i wiercenie się. Ugryzł go w obojczyk, a paznokcie wbił mu boleśnie w plecy. Szarpnął go za włosy, zmuszając go tym samym do spojrzenia mu w oczy.
 - I co teraz, Ryouta? – spytał, bezczelnie potrząsając jego głową. – Nadal jesteś taki pewien wygranej?
 Kise zamknął oczy, w których gromadziły się łzy i próbował zdusić w sobie szloch. Marzył o tym, by to, co się wtedy działo, było tylko koszmarnym snem.
 - Będziesz teraz beczał jak baba? – prychnął Shogou. – W sumie mi to pasuje. Dla mnie to jeszcze przyjemniejszy widok. – Polizał go po uchu, by następnie ugryźć go w szyję.
 Zadzwonił telefon modela. Obaj spojrzeli się na jego torbę. Kise z nadzieją, że ktoś tu zaraz wpadnie, a Haizaki z irytacją.
 - Kurwa, twój telefon jest irytujący. – warknął. Po chwili ktoś przestał się dobijać do Kise, więc jego komórka zamilkła. – No, możemy kontynuować.
 Zdjął z blondyna spodnie, po czym rozpiął swój pasek od jeansów.
 - Czas na prawdziwą zabawę, Ryouta – szepnął mu do ucha.
 Z oczu Kise popłynęły łzy.

                                                                       
                                                                          ***
 Aomine mocno się zdziwił, gdy Kise nie odebrał. Spróbował zadzwonić do niego jeszcze raz, ale efekt był ten sam.
 - Co jest? – mruknął sam do siebie. – Przecież zawsze odbierał.
 Schował telefon do kieszeni i wzruszył ramionami. Ziewnął przeciągle i skręcił w kolejną uliczkę. Od pewnego czasu dręczyło go jakieś dziwne przeczucie, które kazało mu wrócić do hali. Pokręcił tylko głową i podrapał się po karku. Wprawdzie przywalił Haizakiemu, ale ten dupek może jeszcze coś wymyślić. Chociaż zawsze odpuszczał, gdy od niego obrywał. Poza tym Kise jest ze swoją drużyną, więc nic mu się nie stanie.
 Schował ręce do kieszeni i stanął przed przejściem dla pieszych, czekając na zielone światło. I wtedy znów to poczuł. Coś kazało mu tam wrócić. Ale dlaczego?
 Obejrzał się w stronę hali i przeklął cicho pod nosem. Poszedł w jej stronę, mając nadzieję, że tym razem intuicja dobrze mu podpowiada. I tak nie straci za wiele czasu, w końcu hala znajduje się niedaleko miejsca, w którym aktualnie przebywał. Przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Przeczucie podpowiadało mu, że powinien się pospieszyć.
 Kiedy zobaczył halę, zaczął biec. Wszedł do środka głównym wejściem i rozejrzał się wokół. Pusto. Kaijo też musiało już opuścić budynek, więc w czym problem? Westchnął cicho, po czym skręcił w lewy korytarz. Nagle zobaczył niewielką karteczkę obok kosza na śmieci. Normalnie by ją olał, ale coś kazało mu ją podnieść. Schylił się i rozprostował ją.
 ,,Czekam przy toalecie. Aomine”
 CO?! Aomine przeklął siarczyście, pod czym zaczął biec w stronę męskiej toalety. Jak ten dupek śmiał się za niego podać?! Wiedział już, że to sprawka Haizkaiego, ale nie miał zielonego pojęcia, co on planuje. Może chciał go porządnie sprać? Albo poznęcać się nad nim? Chociaż sądząc po tym, jak wyglądał czekając na Kise wcześniej, to zamierza zrobić mu coś poważnego.
 Aomine zatrzymał się przed drzwiami toalety i już chciał nacisnąć klamkę, ale zamiast tego przyłożył do nich ucho. Wydawało mu się, że usłyszał jakiś cichy pisk. Kiedy to się powtórzyło, a do tego doszło jakieś ostre warknięcie, wiedział, że coś się tam dzieje. Ostrożnie pociągnął klamkę w dół, ale, tak jak się spodziewał, drzwi były zamknięte. Przeklął po raz kolejny i już zamierzał wyruszyć na poszukiwania jakiegoś woźnego, gdy nagle zamek w drzwiach powoli się przekręcił.
 - I jak, Ryouta, było zabawnie? – Usłyszał kpiący głos Haizakiego.
 Szybko podbiegł do brązowowłosego i szarpnął go za kołnierz koszuli.
 - Coś ty mu zrobił, pojebie?! – warknął.
 Haizaki chyba się lekko przestraszył, ale nie dał po sobie tego poznać. Uśmiechnął się wrednie i prychnął Aomine w twarz.
 - Oj, Daiki, i po co się tak denerwujesz? Tylko się z nim trochę pobawiłem.
 Ciemnoskóry popchnął Haizakiego, aż ten upadł na podłogę. Wszedł szybko do toalety, a gdy zobaczył tam Kise kulącego się na podłodze, i to w dodatku półnagiego i skrępowanego, coś się w nim zagotowało. Wybiegł szybko na korytarz, ale Shogou już tam nie było.
 - Przeklęty skurwiel – syknął, po czym obiecał sobie, że da mu porządną nauczkę.
 Wrócił do toalety, w której Kise płakał. Kucnął obok niego i rozwiązał go. Zdjął mu też krawat z ust i pomógł mu założyć bieliznę.
 - Boże, Kise, on cię...? – Zamarł, gdy blondyn jeszcze bardziej się rozpłakał. Zdziwił, gdy model się w niego mocno wtulił.
 - A-a-aomi… necchi – załkał, chowając twarz w jego koszuli. – Z-zabierz mnie… s-stąd…
 Po krótkim namyśle przytulił swojego przyjaciela i pomógł mu wstać.
 - Dasz radę się ubrać? – spytał, widząc jego drżące ręce. Kiedy Ryouta skinął głową, podszedł do jego torby sportowej i zajrzał do środka. Skoro jego koszula nie nadaje się do założenia, to trzeba mu dać coś w zamian. Spocona bluzka sportowa odpadła na samym początku. Ponieważ nie znalazł niczego innego, zdjął swoją bluzę i zarzucił ją na ramiona ubranego już Kise. Model spojrzał na niego lekko zdziwiony. – No przecież nie wyjdziesz na miasto w samych spodniach.
 Zarzucił sobie na ramię jego torbę, po czym wyprowadziło z toalety. Kiedy przeszli kilka kroków, Kise nagle syknął i pochylił się lekko, łapiąc się za pośladki.
 - Boli… - jęknął, a z oczu poleciało mu kilka łez.
 - Zabiję skurwiela – syknął Daiki i chwycił modela pod ramię. – Dasz radę przejść na ulicę? Zamówię taksówkę.
 Blondyn skinął głową, ale chwilę później znów syknął.
 - Jak ja zagram mecz..? – spytał nagle płaczliwym głosem.
 - Ty teraz o meczu nie myśl, tylko o tym, żeby do domu dotrzeć.
 Kiedy wyszli na ulicę, Daiki zadzwonił po taksówkę, która przyjechała po kilku minutach. Przepuścił Kise pierwszego, po czym sam usadowił się na siedzeniu obok i podał adres.
 - Bójka? – zapytał nagle kierowca, patrząc w lusterku na obolałego modela.
 - Można tak powiedzieć – syknął Aomine. – Nie pańska sprawa – warknął, po czym rzucił kierowcy jedno ze swoich najstraszniejszych spojrzeń, po którym facet milczał do końca drogi.
 Gdy zatrzymali się przed domem Ryouty, Daiki zapłacił i pomógł wysiąść blondynowi. Taksówkarz od razu odjechał, a dwójka przyjaciół powoli podeszła do drzwi wejściowych.
 - Gdzie masz klucze? – spytał Aomine.
 - W tej małej kieszonce w środku torby – odparł cicho Kise, łapiąc się znów za pośladki.
 Ciemnoskóry znalazł je bez żadnego problemu, a chwilę później obaj znaleźli się w przedpokoju.
 - Dobra, chodźmy do twojego pokoju, musisz się położyć – powiedział Aomine, kierując się w stronę schodów.
 - Aj.. – Usłyszał nagle za plecami.
 Odwrócił się i ujrzał Kise opierającego się o ścianę. Jedną ręką trzymał się za tyłek i widać było, że ból, jaki zadał mu Haizaki, był trudny do zniesienia. Podszedł do modela i wziął go szybkim ruchem na ręce. Blondyn był tak zmęczony, że nawet nie protestował. Aomine zaniósł go do sypialni, po czym położył na łóżku.
 - A gdzie twoi rodzice? – spytał.
 - W Chinach – mruknął Kise. – Wrócą za jakieś półtora, może dwa tygodnie – jęknął i znów złapał się za tyłek. Przekręcił się na brzuch i spojrzał na swojego przyjaciela płaczliwym wzrokiem. – Aominecchi… - Z oczu poleciały mu łzy. – To bolało… Nadal boli… - załkał. – I było takie poniżające…
 Aomine nie miał pomysłu, jak go pocieszyć. Czy po takim ciężkim przeżyciu można w ogóle kogoś pocieszyć? Kise był w takim stanie, że Daiki był pewien, iż nie może go teraz zostawić.
 - Nie myśl o tym – odparł. – Prześpij się.
 Wstał z jego łóżka i skierował się w stronę drzwi.
 - Aominecchi.. – Usłyszał za plecami. Spojrzał na Kise i zatrzymał się. – Nie zostawiaj mnie…
 - Nie zostawię – obiecał.
 - M-możesz posiedzieć przy mnie, d-dopóki n-nie z-zasnę?
 Aomine przez chwilę się wahał, ale gdy napotkał błagalne spojrzenie Ryouty, zgodził się. Usiadł na końcu jego łóżka i patrzył na zapłakaną twarz modela. Nie potrafił sobie wyobrazić tego, co on czuł. Po raz pierwszy widział go w takim stanie i sam przed sobą przyznał, że to nie jest fajny widok. Nie chciał go widzieć ponownie, ale podświadomie wiedział, że Kise może płakać jeszcze przez dłuższy czas. Wiedział też, że model potrzebuje wsparcia i osoby, który by z nim była. Napisał więc SMS’a do mamy, że zostaje u kolegi na kilka na dni, dzięki temu jego rodzicielka nie będzie się martwić.
 Spojrzał jeszcze raz na twarz Kise i znów coś się w nim zagotowało. Obiecał sobie, że znajdzie Haizakiego choćby na końcu świata i tak mu przypierdoli, że będzie cierpiał dużo bardziej niż Kise.
 Siedział tak u niego przez jakieś dwadzieścia minut, a kiedy upewnił się, że Ryouta zasnął, przykrył go ostrożnie kołdrą i wyszedł z jego pokoju.
 - Ten skurwiel… - warknął i zacisnął pięści.
 Nie wiedział, co to za uczucie, ale po raz pierwszy czuł, że chce komuś naprawdę pomóc, wpierać go i być przy nim w ten trudny czas. Czyżby empatia? A może troska? Współczucie? A może wszystko naraz? Nie był tego pewien, ale wiedział, że chce być teraz przy Kise. W końcu model potrzebuje wsparcia, a on może mu je zapewnić.

 - Kurwa, zmiękłem – mruknął i zaczął robić sobie kanapki.
_________________________________________________________________________________









sobota, 20 lutego 2016

Ostatnie pożegnanie

  Yo, ludziska!
Oto jeden z moich pomysłów, na jakie wpadłam podczas ferii ^^ Tak jakoś sam mi do głowy wleciał, a że wylecieć nie chciał, to napisałam :D
 Miało wyjść trochę smutno, ale ostatecznie sama nie wiem, co o tym myśleć... 
 Jak już kiedyś mówiłam, kocham tych braci, więc postanowiłam napisać coś o nich.
 To wcale nie był spoiler! XD
  Jakie są wasze odczucia po przeczytanie tego? Bo ja uważam, że coś tu jest nie tak, ale nwm co...

Dobra, znowu marudzę, w dodatku nie na temat XD Pomińcie to i przejdźcie od razu do rozdziału!
_________________________________________________________________________________


,,Obiecuję, że zajmę się Sasuke. Sprowadzę go do wioski.”

 Na wspomnienie tych słów Itachi Uchiha uśmiechnął się lekko. Kto jak kto, ale Naruto wyjątkowo mocno chce sprowadzić Sasuke do wioski, więc jest nadzieja, że wkrótce tak się stanie. W końcu on, chluba klanu Uchiha, już nie żyje, został tylko Sasuke.
 Technika Ożywienia przysporzyła ludziom wielu kłopotów. Ktoś, kto jej użył, sprytnie to zaplanował. Zmusił wszystkich do walki, nikomu nie dał wyboru. Zmarli powinni mieć spokój. Powinni spokojnie odpoczywać w zaświatach, a nie walczyć na ziemi z ludźmi, którzy byli dla nich ważni.
 Itachi przeskoczył na kolejną gałąź i przyspieszył. Jeżeli będzie zwlekał, sytuacja może się tylko pogorszyć. A Technika Ożywienia to pewnie nie wszystko. Ktoś, kto jej użył, musi mieć większe plany. Ten człowiek podający się za Madarę… Szaleniec. Nikt nie może się podawać za boga tego świata. Żaden człowiek, a szczególnie ten, który powinien być martwy od kilkudziesięciu lat.
 Uchiha przypomniał sobie ostatnią walkę ze swoim bratem. Jego spojrzenie na sam koniec… Ten szok i przerażenie.. A na koniec niedowierzanie. Dobrze zrobił, wszystko przed nim ukrywając? Musiał, bo inaczej życie Sasuke byłoby zagrożone. Teraz w sumie też jest, bo został uznany za przestępcę rangi S, jednak to zupełnie co innego. Człowiek podający się za Madarę musiał mu o wszystkim powiedzieć. Itachi nie chciał, by do tego doszło, ale Sasuke poznał prawdę. Z powodu nienawiści postanowił zniszczyć Wioskę Liścia, którą starszy Uchiha chciał chronić. Jedyna nadzieja w Naruto, który obiecał go sprowadzić do wioski.
 No właśnie. Naruto. Itachi mu ufa, wierzy, że Uzumaki osiągnie swój cel. Wie jednak, że Sasuke jest uparty. Zawsze był. Jako mały chłopiec chciał wiele osiągnąć. Trenował tak zażarcie, że w końcu nauczył się wielu technik. Starszy Uchiha miał nadzieję, że tym razem mu się to nie uda. Nie po to go chronił, żeby teraz tak skończył. Jak on – uważany za przestępcę rangi S, mordercę i potwora.
 Czy Sasuke mu wybaczył? Skoro się o wszystkim dowiedział, to… Z drugiej jednak strony mógł się na niego wkurzyć, że go okłamał. Nie zależało mu tak bardzo na wybaczeniu. Robił to wszystko po to, by chronić braciszka. Kochał go. Sprawianie mu bólu i cierpienia było najgorszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek doświadczył. Kiedy krzywdził go podczas walki, musiał wiele wysiłku włożyć w to, żeby go nie przytulić czy normalnie nie zacząć rozmowy. Chłodny, bezwzględny, straszny, okrutny – tak go wszyscy widzą i niech to się nie zmienia. Naruto zna prawdę, co w zupełności wystarczy.

,,Jesteś moim przyjacielem. Jak Sasuke.”

  Itachi lekko się do siebie uśmiechnął. Uzumaki nazwał go swoim przyjacielem. Potrafił mu wybaczyć i z nim współpracować. Naprawdę ma w sobie coś, dzięki czemu przekonuje do siebie ludzi. I może właśnie dzięki temu czemuś zawróci Sasuke ze złej drogi i sprowadzi go z powrotem do wioski. Przynajmniej miał taką nadzieję.
  Kiedy przeskakiwał na kolejną gałąź, kątem oka zobaczył stojącego na ziemi Sasuke. Minął go bez słowa, bo wiedział, że na pogawędki nie ma teraz czasu. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że brat zaczął go gonić.
 - Stój! – Usłyszał za plecami. – Itachi, to ty?! Zatrzymaj się!
 - Wybacz, Sasuke, nie mam teraz czasu – odparł, nawet się nie odwracając. To zbyt bolesne…
 - Zawsze tak mówisz! – W głosie młodszego Uchihy wyraźnie można było wyczuć zdenerwowanie i pretensje. – Dlaczego tu jesteś?! Wyjaśnij mi wszystko, musimy porozmawiać!
 - Sasuke, to naprawdę nie jest odpowiedni moment. – Itachi odwrócił się na chwilę, by spojrzeć na Sasuke. W jego oczach widział determinację. – Mam coś ważnego do załatwienia
 - W takim razie pójdę z tobą i potem mi wszystko opowiesz!
 Itachi miał wrażenie, jakby coś ostrego, ale jednocześnie przyjemnego, dotknęło jego serca. Czyżby jednak mu wybaczył?
 - Muszę iść sam. – Ponownie odwrócił wzrok od młodszego brata i ociupinę przyspieszył. – To dla ciebie zbyt niebezpieczne.
 - Nie traktuj mnie jak małego dzieciaka! – warknął młodszy Uchiha i zaczął biec szybciej. – Chcę z tobą porozmawiać!
 Itachi nie zatrzymał się. Wyczuł w pobliżu silną czakrę, więc skręcił lekko w jej stronę. Shinobi z Wioski Liścia. Idealnie. Tam będzie mógł zostawić Sasuke.
 - Itachi! Co niby musisz załatwić?! Zatrzymaj się!
 Starszy z braci użył swoich oczu, by uruchomić Susanoo. Zrobił to w ostatniej chwili, bo Sasuke zrobił to samo, chcąc go zatrzymać.
 - Wyjaśnij mi wszystko! – krzyknął czarnowłosy, jeszcze bardziej przyspieszając.
 ,,Gdybym tylko mógł, z chęcią bym z tobą porozmawiał.”
 - Sasuke, zostań tu. Dalej nie możesz ze mną iść.
 - Tym razem tak łatwo się mnie nie pozbędziesz!
 Itachi westchnął cicho, po czym się zatrzymał, lądując na ziemi. Sasuke zeskoczył z gałęzi kilka metrów od niego. Wpatrywali się w siebie bez słowa przez jakiś czas, po czym Itachi podniósł lekko prawą dłoń.
 - Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak naprawdę było, podejdź – powiedział, uważnie obserwując ruchy i mimikę swojego brata. Zaufa mu na tyle, żeby jeszcze bardziej się zbliżyć?
 Po krótkiej chwili Sasuke ruszył do przodu, wpatrując się w twarz brata. Kiedy dzieliło ich trzydzieści centymetrów, Itachi dotknął prawą dłonią jego głowy i odrobinę go do siebie przyciągnął, tak, że stykali się czołami.
 - Patrzy uważnie – polecił, a w jego oczach ponownie pojawił się Mangekyou Sharingan.
 Sasuke zobaczył wszystko – począwszy od rozmowy Itachiego ze starszyzną wioski, aż do momentu, gdy jego brat dołączył do Akatsuki. Po wszystkim spojrzał mu w oczy ze smutkiem i… Itachi sam nie umiał określić, co to było.
 - Bracie… - szepnął Sasuke. – Ty… Czemu aż tak bardzo zależało ci na wiosce?! Czemu tyle poświęciłeś?! Czemu…?! Dlaczego…? – W jego oczach powoli gromadziły się łzy.
 - Sasuke. – Itachi położył mu dłoń na ramieniu. – Wioska Liścia była moim domem. Podjęcie tej decyzji było bardzo trudne. Sam zresztą wszystko widziałeś. Chcę, by mieszkańcy byli bezpieczni.
 - Co zamierzasz?
 - Zatrzymam Technikę Ożywienia, dzięki czemu wszyscy ożywieńcy znikną, a ich dusze wrócą do zaświatów.
 - Ty też? – Sasuke spojrzał na niego ze smutkiem. – Nie chcę, żebyś mnie znów zostawił…
 - Zawsze będę z tobą. – Itachi się uśmiechnął.
 - Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi – burknął Sasuke, odwracając wzrok.
 - Cokolwiek postanowisz, wiedz, że zawsze będę cię kochał. – Starszy Uchiha przytulił go do siebie, bo było dla Sasuke ogromnym zaskoczeniem. Po chwili jednak lekko objął brata, a gdy ten chciał go odsunąć, mocniej się w niego wtulił.
 - Nie zostawiaj mnie – szepnął błagalnie i oparł głowę na jego torsie. – Nie chcę być sam.
 - Nie będziesz. Masz przyjaciół, którzy na ciebie czekają.
 - Chcę, żebyś ty ze mną był.
 - Obiecaj mi jedno. – Itachi podniósł jego głowę, zmuszając go tym samym, by spojrzał mu w oczy. – Zostaniesz z nimi i nie będziesz robił żadnych głupstw, dobrze?
 - Niby czemu mam…?!
 - Bo wiem, że to dla ciebie dobra droga. – Itachi posłał mu ciepły uśmiech. – Kocham cię i właśnie dlatego chcę, byś z nimi został. Obiecaj mi to.
 Sasuke zamknął oczy i zamyślił się. Nie chciał tam zostać na siłę, ale wiedział, że Itachi ma rację. Wprawdzie chciał zniszczyć Wioskę Liścia, ale… skoro jego brat nie tego pragnął, to zmieni swoje postanowienie. Zabije tylko starszyznę.
 - Obiecuję – mruknął niechętnie, otwierając oczy.
 Itachi ponownie go przytulił, po czym odszedł kilka kroków.
 - Ale najpierw pójdę z tobą – odezwał się nagle Sasuke.
 Starszy Uchiha cicho westchnął, po czym zrobił w jego stronę zachęcający ruch dłonią. Sasuke natychmiast ruszył w jego stronę, a chwilę później dostał pstryczka w czoło.
 - Hej! – krzyknął, patrząc na uśmiechniętego brata. – Znowu to zrobiłeś!
 - Wybacz, Sasuke. – Itachi znów złapał go za głowę. – To już był naprawdę ostatni raz.
 - Co ty chcesz…? – zaczął młodszy z braci, ale nie dokończył, bo Itachi uruchomił swój Sharingan. Patrzył chwilę w oczy brata, po czym stracił przytomność. Osunął się w jego ramiona.
 - To było ostatnie pożegnanie, braciszku – szepnął Itachi i podniósł go.
 Skierował się w stronę najbliższej polany, na której przebywali shinobi Wioski Liścia. Jako pierwszy zauważył go Naruto.
 - Hej, Itachi! – zawołał, radośnie machając w jego stronę. Kiedy jednak zobaczył, kogo on niesie, zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na Sasuke szeroko otwartymi oczyma. – Sasuke – szepnął.
 Pozostali shinobi wyjęli swoje kunaie i zaczęli się do niego zbliżać.
 - Naruto, odsuń się! – krzyknął Sai.
 - Nie martwcie się, nic mi nie zrobi – zapewnił ich Naruto i podszedł bliżej.
 - Ale..!
 - Sai, zaufaj mu. – Powstrzymał go Kakashi i spojrzał na Itachiego z wdzięcznością.
 Uchiha tylko skinął głową i przeniósł swój wzrok na blondyna.
 - Zaopiekuj się nim, dobrze? – Przekazał mu swojego nieprzytomnego brata.
 - Przecież ci obiecałem. – Uzumaki uśmiechnął się szeroko, po czym wyciągnął w jego stronę wolną dłoń. – Dziękuję, Itachi. Za wszystko.
 Uchiha posłał mu lekki uśmiech, a po chwili ścisnął jego rękę.
 - To ja ci powinienem podziękować. Cieszę się, że Sasuke ma takiego wspaniałego przyjaciela.
 - Powodzenia z tą techniką.
 - Obiecuję, że wkrótce wszyscy ożywieńcy będą mogli spoczywać w spokoju.
 - Wiem. Wierzę w ciebie.
 Itachi posłał mu spojrzenie pełne wdzięczności, po czym ostatni raz dotknął czoła swojego brata.
 - Żegnaj, Sasuke – szepnął.
 Patrzył na niego przez kilka sekund, po czym odbiegł w swoją stronę. Żaden shinobi nie próbował go nawet zatrzymać, wszyscy byli w takim szoku, że nie mogli się nawet ruszyć. Tylko Kakashi i Yamato zdawali się być spokojni.
 - Co to miało być? – spytała Sakura, wpatrując się raz w nieprzytomnego Sasuke, raz w Naruto.

 - Piękne pożegnanie kochających się braci – odpowiedział Uzumaki i raz spojrzał w stronę, w którą pobiegł Itachi. – Ostatnie pożegnanie – dodał po chwili. 
_________________________________________________________________________________







piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 41

 Ohayo!
Wróciłam! Ferie się udały, było zajebiście, więc teraz pora coś dodać :D 

Od razu na wstępie dodaję 41 rozdział :D Na wyjeździe jakoś tak mi wena dopisywała, więc mam pomysła na pewne 3 (może 4) częściowe opowiadanko oraz na jedno dłuższe, które jak dla mnie jest totalnie głupie, ale w sumie jestem nienormalna, więc po mnie można się wszystkiego spodziewać XD

Jeździłam na nartach, niczego sobie nie złamałam, więc mogę dalej pisać :D Takie drobne pytanko.. Jeździł ktoś z was na snowboardzie? Bo ja bym chciała za rok spróbować... ^^ Hehe... Coś czuję, że to będzie komedia... Albo raczej dramat XD Ale każdy ma prawo się uczyć, więc wywrotki są obowiązkowe!! :D

Nie będę was to zanudzać, bo jeszcze mi tu uśniecie przed przeczytaniem rozdziału XD

W takim razie szybko zapraszam was do czytania! :*
_________________________________________________________________________________


~Aomine~
  O, bogowie, ta dzieciarnia mnie wykończy! I jeszcze musieli przybiec do mnie ta oczach całego Seirin! Po prostu lepiej być nie mogło… Jeżeli nie wykończy mnie Shosuke, to zrobi to Mito albo Isao. Słowo daję, że…!
 A w sumie… Szkolenie tych dzieciaków jest całkiem fajne. Mój Boże, czyżbym zmiękł?! Jeszcze trochę, a przez Akinę stanę się opiekunką do dzieci. I to darmową! Nie dość, że muszę poświęcać im czas, to nawet nikt mi za to nie zapłaci. Skandal!
 Patrzyłem uważnie na ruchy Isao i lekko się do siebie uśmiechnąłem. Dzieciak ćwiczył, co widać. Jak trenowałem go ostatnio, to nie potrafił nawet wykonać celnego rzutu za dwa punkty. Teraz trafia zdecydowaną większość, w dodatku nie męczy się tak szybko przy bieganiu. Muszę przyznać, że mnie pozytywnie zaskoczył.
 Przeniosłem swoje spojrzenie na Mito, który cały czas robił dwutakt. Brakuje mu jeszcze refleksu i szybkości, ale i tak jest lepiej, niż pół roku temu. Piłka nie wylatywała mu z rąk, a rzuty w większości były celne. Po każdym zdobytym punkcie patrzył na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym wracał do ćwiczeń.
 Zerknąłem na Shosuke. Dzieciak zaczął najpóźniej, więc jego umiejętności były gorsze. Co nie znaczy, że sobie nie radził. Chyba zafascynowały go rzuty za trzy punkty, bo ciągle starał się je wykonywać. Kiedy kolejny raz spudłował, podszedłem do niego.
 - Celuj w ten mały kwadracik nad koszem – powiedziałem, wyjmując ręce z kieszeni. Podał mi piłkę, a ja wykonałem perfekcyjny, jak zawsze, rzut.  – Wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że trafisz.
 Kiwnął głową, po czym spróbował mnie naśladować. Wyszło mu dopiero za trzecim razem, co jest naprawdę dobrym osiągnięciem, zważywszy na jego umiejętności. Kazałem mu powtarzać te rzuty przez najbliższy kwadrans, więc z zapałem wziął się do roboty.
 Podszedłem do Akiny, która siedziała na ławce i wpatrywała się w nas z uśmiechem.
 - Oni cię naprawdę lubią – odezwała się.
 - W końcu jestem zajebisty. – Usiadłem koło niej. – Ale tak serio to nawet nie wiem, czemu akurat mnie się uczepili. – Spojrzałem w niebo.
 - Nie lubisz ich? – Dotknęła ręką mojej dłoni.
 - Lubię, spoko z nich dzieciaki. Ale naprawdę nie wiem, co one we mnie widzą. Nigdy jakoś specjalnie nie gadałem z dziećmi, a oni tak nagle się pojawili…
 - Widać, że dobrze się z nimi dogadujesz, więc prawdopodobnie będziesz dobrym ojcem.
 - A ty mamusią moich dzieci – szepnąłem, całując ją w policzek, na co się od razu zarumieniła.
 - G-głupek! – Lekko mnie odepchnęła, ale po chwili szeroko się uśmiechnęła. – Na takie rzeczy dużo za wcześnie, kretynie.
 - Rozważam wiele możliwości.
 - Aomine! Aomine! – Usłyszałem krzyk Isao. – Możesz mi pomóc przy dwutakcie?
 Wstałem z ławki i podszedłem do niego.
 - Co ci nie wychodzi? – spytałem.
 - Nie radzę sobie z wyskokiem i trafnym rzutem… - mruknął, podrzucając lekko piłkę. – Po skoku jakoś trudno mi wcelować do kosza.
 - Zrób dwutakt.
 Wykonał moje polecenie, a ja uważnie przyglądałem się pracy jego rąk. Kiedy wylądował na ziemi, piłka odbiła się od obręczy i poturlała się do moich stóp.
 - Wiem, w czym problem – odezwałem się. – Po skoku za późno podnosisz ręce, przez to piłka nie wpada. Gdy tylko złapiesz piłkę w ręce, unieś je w górę, jednocześnie wyskakując.
 - Ale to trudne…
 - Ćwiczenie czyni mistrza, zapomniałeś? Dalej, ćwicz.
 Przez kilka minut przyglądałem się jego rzutom i mogę stwierdzić, że dzieciak szybko załapał, o co chodzi. Kiedy upewniłem się, że daje sobie radę, podszedłem do Mito, który po raz kolejny wykonał dwutakt.
 - Teraz spróbuj mnie minąć – odezwałem się, stając między nim a koszem.
 - He? – zdziwił się chłopiec.
 Po chwili jednak przyjął pozycję do ataku i zaczął kozłować piłkę. Trzy sekundy później spróbował przebiec koło mnie, ale z łatwością go zablokowałem.
 - Zapomniałeś o czymś ważnym – powiedziałem, oddając mu piłkę. – Kiedy mijasz przeciwnika, musisz mieć piłkę w dalszej ręce. Inaczej za każdy razem będziesz ją tracił.
 Pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym spojrzał na mnie z determinacją.
 - Jeszcze raz.
 Piętnaście minut później Mito otarł pot z czoła i usiadł na ziemi, zmęczony.
 - Aomine… zmęczyłem się – wyzipiał.
 - Nie dziwię ci się. – Podszedł do niego i pomogłem mu wstać. – Nieźle trenowałeś.
 Te dzieciaki są strasznie uparte. Oby się tylko nie przemęczały, bo inaczej mogą skończyć z kontuzją. Mój Boże, czyżby moja empatia wzrosła? Jakoś dla tych chłopców potrafię być miły i umiem z nimi normalnie rozmawiać. Przy nich zachowuję się jak dawny ja z gimnazjum. Ech, chyba mam jednak do nich jakąś słabość.
 - Czas się zbierać – oznajmiła Akina i wstała z ławki, podając mi moją sportową torbę.
 - Musimy już iść spotkać się z mamą – powiedział smutno Isao.
 - Odprowadzimy was kawałek, zgoda? – Moja dziewczyna ciepło się do niego uśmiechnęła, co dzieciak od razu odwzajemnił.
 - Ale mi się nie chce iść… - mruknął Mito i ziewnął. – Aomine, poniesiesz mnie na barana?
 - A czy ja ci na barana wyglądam? – spytałem sarkastycznie, na co chłopiec się zaśmiał. – No zgoda, kawałek mogę cię ponieść.
 Mito klasnął radośnie w dłonie, po czym wskoczył na moje plecy. Co te dzieciaki ze mną wyrabiają? Żebym ja, zajebisty Aomine Daiki, służył za środek transportu?
 Piętnaście minut później doszliśmy do miejsca, w którym musieliśmy rozstać się z dwoma braćmi.
 - Ale zobaczymy się jeszcze, prawda? – spytał z nadzieją Isao, patrząc raz na mnie, raz na Akinę.
 - Pewnie. – Moja dziewczyna pogłaskała go po głowie. – Jak się zobaczymy następnym razem, to też pójdziemy na boisko.
 Chłopcy uścisnęli nas na pożegnanie, przybili piątkę z Shosuke, po czym pobiegli w swoją stronę, cały czas rozmawiając o treningu. Patrzyliśmy na nich jeszcze chwilę, aż nagle Akina złapała mnie za rękę.
 - Może pójdziemy do Maji Burgera? – zaproponowała. – Jestem głodna, Shosuke też chyba chętnie by coś zjadł, racja? – Spojrzała na chłopca, a ten przytaknął.
 - To chodźmy.
 Zanim jednak ruszyliśmy się z miejsca, Anzai chwycił moją wolną dłoń i wsunął w nią swoją rączkę. No jak matkę kocham, przysięgam, że jeszcze trochę i zmięknę! Wzmocniłem lekko uścisk, na co chłopiec się lekko uśmiechnął. Świetnie… Z jednej strony Akina, z drugiej ten bachor. To niecodzienny widok, ale w sumie mi to nie przeszkadzało. Jedynie irytujące były komentarze starszych pań, które mijaliśmy po drodze. Zresztą nie tylko komentarze. Uśmiechy też. Nie rozumiem, czemu kobiety zawsze się takimi widokami zachwycają? Co w tym jest takiego niezwykłego?
 Kiedy weszliśmy do Maji Burgera, zamurowało mnie. Kagami Taiga, który siedział przy jednym stole wraz ze swoją drużyną, też nie był zachwycony widokiem mej zajebistej osoby. Widziałem, że brew mu zaczęła drżeć, co wyglądało naprawdę komicznie w jego przypadku.
 - Taiguś! – zawołał Shosuke i pomachał radośnie do chłopaka. Udało mi się powstrzymać atak śmiechu, co w tym momencie graniczyło z cudem.
 - Hej – mruknął Kagami, patrząc na nas ze zrezygnowaniem. – Czemu akurat ty? – Posłał mi nienawistne spojrzenie, a ja wzruszyłem ramionami.
 - Pogódź się z tym, że nie jesteś na poziomie Pokolenia Cudów – powiedziałem, siadając przy wolnym stoliku, jak najdalej od drużyny Seirin. Niestety lokal nie był duży, więc specjalnie się od nich nie oddaliliśmy.
 - Co chcesz do jedzenia? – spytała Akina, zajmując miejsce naprzeciwko Shosuke. Chłopiec uparł się, że chce siedzieć koło mnie, więc przesunąłem się, by miał miejsce.
 - Frytki – odpowiedział.
 - Tylko?
 - I shake’a czekoladowego.
 Prawie jakbym widział Tetsu… Tyle tylko, że on zawsze wybiera shake’i waniliowe i rzadko kiedy wybiera frytki.
 Nie, jednak Shosuke nie przypomina Kuroko. Mój błąd.
 Zamówiłem sobie kilka hamburgerów, a Akina wzięła tylko jednego.
 - Matko, Daiki, pod względem jedzenia naprawdę przypominasz Taigę – odezwała się, widząc moją porcję.
 - Nie porównuj mnie do tej zmutowanej genetycznie małpy – mruknąłem, gryząc pierwszego hamburgera.
 - Nie obrażaj mojego brata – syknęła i kopnęła mnie dyskretnie w kostkę.
 Jęknąłem cicho, prawie dławiąc się przy tym kawałkiem jedzenia. Shosuke przyglądał nam się z zaciekawieniem, a po chwili się uśmiechnął.
 - Jesteście naprawdę fajni – podsumował i wziął do buzi kolejną frytkę.
 Spojrzeliśmy na siebie, lekko zaskoczeni, ale odwzajemniliśmy uśmiech. Co ja mam z tym dzieciakiem… Serio, jeszcze trochę, a przez niego zmięknę. Jezus Maria, a jak mi się włączy instynkt ojcowski?! Jest w ogóle coś takiego? No skoro kobiety mają instynkt macierzyński, to faceci chyba też mogą mieć swój, nie?
 Westchnąłem cicho i pokręciłem głową. O czym ja, do cholery jasnej, myślę?! Tsk. Instynkt ojcowski. Pewnie, może od razu pomyślę o byciu dziadkiem?
 Kiedy chłopiec skończył jeść, drużyna Seirin akurat wstawała od stołu i z ponurymi minami wsuwała krzesła. Omiotłem im pogardliwym spojrzeniem, na dłużej zatrzymując się przy Tetsu.
 Tetsu… Czemu wybrałeś sobie takie słabe światło? Gołym okiem widać, że Kagami mi do pięt nie dorasta. Jak chcesz się stać silniejszy przy kimś takim? W jaki sposób chcesz mnie pokonać? Akashi miał rację. Twoja koszykówka nigdy nie wygra. Nasza dawna drużyna się rozeszła. Któryś z nas, z tej szóstki geniuszy, musi być najlepszy. Twoje nowe światło nie należy do Pokolenia Cudów. Więc czemu akurat on…? Czemu ta szkoła?
 Zawsze rozumieliśmy się na boisku, ale w życiu codziennym… Z tym było gorzej. Jednak teraz naprawdę nie rozumiem twojej decyzji. Mogłeś pójść do tej samej szkoły co ja, mogłeś iść z Kise… Nawet z Midorimą, ale nie. Ty wolałeś wybrać nową szkołę, nową drużynę koszykarską, której trenerka, pożal się Boże, ma rozmiar B. No tylko się załamać. I na twoim wyborem, i nad rozmiarem jej biustu.
 Po raz kolejny westchnąłem  i wstałem, przepuszczając chłopca.
 - Aomine… - zaczął Shosuke, przecierając ze zmęczenia oczy. – Poniesiesz mnie trochę? – Ziewnął.
 Ludzie… Za co? Za jakie grzechy? Znowu mam służyć za barana?
 Spojrzałem na chłopca i zobaczyłem, że naprawdę był zmęczony. Kolejny raz ziewnął, oczy same mu się zamykały. Popatrzył na mnie swoim błagalnym wzrokiem, a ja…
 Kurwa. Serio za miękki się robię.
 Kucnąłem przed nim, by mógł wejść na moje plecy, po czym włożyłem ręce pod jego kolana, by nie spadł.
 - Chodźmy już – powiedziała Akina i skierowała się w stronę drzwi.
Poczułem, jak chłopiec obejmuje moją szyję, po czym znów ziewa. Dlaczego ten bachor musi być taki słodki? Czemu nie potrafię mu odmówić?
 Wyszliśmy ze sklepu i… prawie wpadliśmy na jednego gracza z drużyny Seirin, która stała przed wejściem i patrzyła na swoją trenerkę. Widząc nas, decha skończyła paplać. Seirin spojrzało na mnie z gniewem, ale widząc dzieciaka na moich plecach, mocno się zdziwiło.
 - Ty… - syknął Kagami, zaciskając pięści. – Chcę rewanżu.
 - Co? – Zatrzymałem się przed nim, a w moim głosie można było wyczuć kpinę.
 - Za kilka miesięcy chcę rewanżu – wycedził przez zaciśnięte zęby, gapiąc się na mnie z nienawiścią. – Wtedy wygram i…
 - Weź mnie nie rozśmieszaj – parsknąłem śmiechem. – Na to o sto lat za wcześnie. Naprawdę myślisz, że do pokonania mnie wystarczy kilka miesięcy? Jak już sam zauważyłeś, jestem na innym poziomie niż Kise i Midorima. Nie zapominaj, by byłem asem w Teiko. A bycie asem jednak do czegoś zobowiązuje, orangutanie.
 - O..Orangutanie? – powtórzył, prawie że warcząc.
 - Aomine-kun. – Przede mną jak spod ziemi wyrósł Tetsu. – Gdy byliśmy jeszcze w gimnazjum, nie przybiłeś ze mną na jednym meczu żółwika.
 - He? – Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
 - Obiecaj mi, że jeśli wygramy, przybijesz go ze mną.
 - Testu, o co ci chodzi? – Nie tylko ja, ale również całe Seirin, gapiliśmy się na Kuroko z niezrozumieniem.
 - Po prostu obiecaj, Aomine-kun.
 - Niech ci będzie, obiecuję. – Gdybym tylko mógł, wzruszyłbym ramionami. – Pokonaj mnie – ominąłem go. – jeśli dasz radę – dodałem, oddalając się od Seirin.
 - Przepraszam za niego. – Usłyszałem jeszcze podenerwowany głos Akiny, po czym poczułem na sobie jej wrogie spojrzenie.
 - Przesadzasz – powiedziała, gdy skręciliśmy w najbliższą uliczkę.
Nie odpowiedziałem. Zapatrzyłem się przed siebie i kolejny raz tego dnia westchnąłem. Życie jest cholernie niesprawiedliwe. Wszyscy mają do mnie o coś pretensje. Drużyna o to, że nie chodzę na treningi. Akina o to, że jestem dla innych wredny i im dokuczam… Nawet Tetsu się czepia jakiegoś durnego żółwika! Owszem, kiedyś przybijaliśmy je właściwie na każdym meczu, ale później, gdy już stałem się samowystarczalny, ten odruch zanikał.
 A może to ja przestałem wyciągać do niego rękę?
 Nieistotne.
 Dlaczego tak bardzo mu na tym  zależy? Przecież ma nowe światło, niech z nim przybija żółwiki. Czemu chce to zrobić ze mną?
 O, bogowie… To jeden z najbardziej skomplikowanych ludzi, jakich znam.
 Odstawiliśmy Shosuke do jego domu, a następnie odprowadziłem Akinę. No co? Nawet ja mam przejawy dżentelmeństwa. Pożegnaliśmy się długim całusem, po czym poszedłem do swojego domu.
 Zadarłem głowę do góry.
 Księżyc i gwiazdy. Ciemne, prawie czarne niebo.. Tetsu, czy tym właśnie jesteś? Nocnym niebem? A kto jest księżycem? Nadal ja, czy Kagami Taiga?
 Nie, odpowiedź jest prosta. Ten orangutan zajął moje miejsce. Jestem zazdrosny? Nie, o co niby miałbym być? Jestem przecież samowystarczalny.
 On jest jak bardzo jasna gwiazda na niebie, za to ja mógłbym się bez problemu porównać do księżyca. W takim razie czemu Tetsu wybrał tak słabego gościa?
 A może jednak trochę mi brakuje gry z dawną drużyną?

 Tak ociupinkę…
_________________________________________________________________________________