Kiedy pisałam ten one-shot, prawie się popłakałam :'( Serio... Wczułam się w Aosia i tak jakoś to napisałam... Wprawdzie klimat kompletnie nieświąteczny, ale jest to, co jest.
Liczę, że wam się sposoba, mimo nieco (trochę bardziej niż nieco) smutnej treści... ;)
_______________________________________________________________________________________________________
Pierwsza kropla.
Druga kropla.
Trzecia kropla.
Czwarta kropla.
Piąta kropla.
Kolejne cięcie, a po chwili na podłodze powstaje całkiem
spora kałuża. Patrzę na zakrwawiony nóż z obojętnością. Który to już raz? Sam
nie wiem. Straciłem rachubę. Tyle już tego było…
Pierwszy raz był
najboleśniejszy, ale jednocześnie przyniósł najwięcej ulgi. Kolejne stawały się
powoli rutyną. Musiałem się ciąć dłużej, by poczuć ból, który chociaż na chwilę
pozwoli mi zapomnieć o kimś, kogo kocham. Właściwie kochałem. Nie, nadal
kocham, ale ta osoba nie może już ze mną być. Nigdy w życiu nie czułem takiej
pustki. Za każdym razem, gdy myślałem o n
i m, moje serce napełniał przerażający smutek i czułem, jakbym się w środku
rozpadał na milion kawałeczków. Kiedy stałem się taki bezbronny i zamknąłem się
w domu, odizolowując się od innych? W dniu j
e g o śmierci. Gdy dowiedziałem się, że nigdy więcej go nie zobaczę, coś we
mnie pękło. Całymi nocami płakałem w poduszkę, nie mogłem pogodzić się z myślą,
że nie będę mógł go przytulić, aż w końcu pojawiła się żyletka i nóż kuchenny. Pewnie
o n by tego nie chciał, ale… Nie mogę
inaczej. Tak bardzo mi g o brakuje… tak
bardzo chcę g o znów pocałować. Czemu
śmierć bliskiej osoby tak bardzo boli? Mam wrażenie, że moje serce przebiło coś
ostrego. Czuję, jakbym wewnętrznie krwawił. Ta rana boli. Bardzo boli. A kiedy
się tnę, pojawia się inny ból. Pozwala mi zapomnieć o rozkruszonym sercu. Wprawdzie
ręce mam już całe w czerwonych pręgach, i co rusz pojawiają się nowe, ale nie
umiem przestać. A może nie chcę?
Nie, po prostu nie
umiem sobie z tym poradzić. Gdyby tylko o
n tu był… gdyby mnie przytulił, pocałował… Tak cholernie mi go brakuje.
Pustka po nim jest nie do zniesienia. A może by tak do niego dołączyć?
Wystarczy jeden skok z balkonu, kilkanaście tabletek lub nóż. Które wybrać? A
może wszystko naraz? Jaką śmierć chcę wybrać? Łagodną, ze spokojnym snem?
Nagłą, łamiąc sobie kręgosłup? Bolesną, wbijając sobie ostre narzędzie w serce?
Ale czy to jest dobre
rozwiązanie? O n by tego nie chciał.
Pewnie chciałby, bym żył dalej, znalazł nową miłość… To trudne. Bez niego życie
nie ma sensu. Jak mam kochać kogoś innego, skoro wiem, że moje serce należało
tylko do n i e g o?
Miłość. Wspaniałe
uczucie, jeśli osoba, którą kochasz, jest przy tobie. Jeśli jej nie ma, życie
staje puste, nic nie warte. Po co kochać, skoro w jednej sekundzie można to
wszystko stracić? A to boli… Ten ból jest najgorszym bólem, jakiego można
doświadczyć. Nie pomagają żadne leki, bandaże, terapie. Musisz to nosić do
końca życia. Tylko kiedy ten koniec ma u mnie nastąpić? Już dziś? Jutro? Za
miesiąc? Za kilkadziesiąt lat?
Zignorowałem szczypanie
lewej ręki i podszedłem do szafki, na której stało nasze wspólne zdjęcie.
Jesteś na nim, uśmiechasz się, obejmujesz mnie ramieniem. Ja też się śmieję i trzymam
cię mocno przy sobie. Pamiętam ten dzień. To była pierwsza rocznica naszego
wspólnego życia. Tak się wtedy cieszyłeś… Kochałeś mnie, a ja odwzajemniałem
twoje uczucie. To właśnie t y
zrobiłeś pierwszy krok i dzięki t o b i e
mogliśmy być razem. Przez pięć lat byliśmy szczęśliwą parą. To były
najszczęśliwsze lata mojego życia. Nigdy ich nie zapomnę.
I wtedy nastał ten
dzień. Musiałeś lecieć do Ameryki na jakiś ważny mecz. Prosiłem, żebyś został.
Chciałem cię mieć przy sobie. Nie, t y
poleciałeś. Tyle tylko, że tam nie dotarłeś. Samolot, którym leciałeś, rozbił
się, a ja c i ę straciłem. Kiedy
usłyszałem o tej katastrofie w wiadomościach, myślałem, że to głupi żart.
Miałem nadzieję, że kobieta w telewizji mówiła o innym locie. Ale to była
prawda. Zginąłeś. Nie wróciłeś do mnie. Musiałeś lecieć do tej cholernej Ameryki?!
Bo co? Bo braciszek cię o to poprosił?! Taiga, powinieneś być tu ze mną… Gdybym
cię wtedy nie puścił, nic by się nie wydarzyło. Nadal byś żył, nadal byśmy
grali razem w kosza… Więc czemu? Tyle razy latałeś samolotem, a akurat wtedy
coś musiało się popsuć. Gdybyś wtedy nie leciał…
Kolejne rozcięcie
pojawiło się na moim przedramieniu. Znowu ta pustka, znów ten ból. Czemu tak
często to czuję?
Przykładałem właśnie
nóż do prawego nadgarstka, ale przerwał mi znajomy krzyk:
- Aominecchi, nie!
Nim się spostrzegłem,
Kise podbiegł do mnie i wytrącił mi ostrze z ręki. Musiał przyjść akurat w
takim momencie?
- Prosiłem, żebyś
więcej tego nie robił! – Wyjął z szuflady bandaż, po czym obwiązał mi nim ręce.
Zaprowadził mnie na kanapę i posadził na niej. – Chcesz coś do picia? Herbata
może być?
Przytaknąłem. Kiedy
poszedł do kuchni, obejrzałem się za nim. Czemu mi tak bardzo pomaga i troszczy
się o mnie? Spędza ze mną dużo czasu, przychodzi praktycznie codziennie, a na
dodatek robi mi jedzenie, kiedy widzi, że jestem w fatalnym stanie. Prawdziwy z
niego przyjaciel. Nawet Tetsu mnie tak często nie odwiedza. Ale szczerze
mówiąc, to… wolę towarzystwo Kise. Nie żebym nie lubił Tetsu, lecz… No, po
prostu tak jest! Nie umiem tego wytłumaczyć!
- Proszę – Wrócił do
salonu i podał mi filiżankę z herbatą, po czym usiadł koło mnie. – Jak się dziś
czujesz?
- Bywało lepiej, ale
najgorzej nie jest – mruknąłem. Zapatrzyłem się w ciemną ciecz, po czym głośno
westchnąłem. – Minęły dopiero dwa miesiące… Albo już dwa, a ja nadal nie umiem
się pozbierać.
- Utrata bliskiej
osoby bardzo boli, nie masz się czego wstydzić.
- Nawet nie wiesz, jak
bardzo bym chciał, żeby te mną teraz był… - Czułem, jak w oczach zbierają mi
się łzy. – Nie wiesz, jakie to uczucie kochać kogoś, ale wiedzieć, że nie
możecie być już razem!
- Uwierz mi, wiem – Spojrzał
na mnie smutno, a chwilę potem spuścił głowę. – Wiem.
Wstał i podszedł do okna, siadając na parapecie. Co w niego
wstąpiło? Wyznał w ogóle tej dziewczynie uczucia? I nawet mi nie powiedział, skandal!
- Kise… - zacząłem.
- Czujesz taki ból w
sercu, prawda? – Przerwał mi. Nadal patrzył na coś za oknem, nawet się do mnie
nie odwracając. – A gdy patrzysz na tę osobę albo na jej zdjęcie, czujesz
pustkę i chęć bycia przy niej. Na dodatek masz wrażenie, że rozpadasz się w środku
na milion kawałeczków.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Ktoś tak popularny i radosny
jak Kise czuje to samo, co ja?
- Skąd ty…? – Zacząłem,
odstawiając na stół swoją filiżankę z niedopitą herbatą.
- Bo cię kocham! –
Krzyknął nagle, wprawiając mnie tym samym w osłupienie. – Kocham cię od
trzeciej gimnazjum! Zawsze chciałem twojego szczęścia, więc kiedy widziałem, że
jesteś… - zaciął się. - że byłeś szczęśliwy z Kagamicchim, nie wtrącałem się. Nic
nie powiedziałem, nawet wtedy, gdy jakaś część mnie chciała o ciebie walczyć. Z
jednej strony cieszyłem się twoim szczęściem, ale z drugiej… Chciałem, żebyś
był ze mną. Rozumiesz? Wiem, jakie to uczucie i wiem, że jest straszne! – Z oczu
popłynęły mu łzy. – Kocham cię, Aominecchi… Tak bardzo cię kocham… - szepnął,
po czym założył szybko buty i wybiegł z mojego mieszkania.
Nie wiem, ile czasu
minęło od tamtej sytuacji. Minuta, może godzina? Nie przejmowałem się tym. Wciąż
przetwarzałem w głowie słowa Kise. Kochał mnie od tylu lat i nic nie
powiedział? Nawet listu mi nie dał…
Spojrzałem na herbatę,
którą mi przygotował. Troszczy się o mnie, bo mnie kocha? Robi to wszystko z
miłości? Ale byłem głupi, niczego nie zauważyłem. Ale gdyby mi wcześniej
powiedział, miałbym rozdarte serce. Kocham Kagamiego, ale czuję, że Kise jest
dla mnie w jakiś sposób ważny. Czy go kocham? Tego nie potrafię powiedzieć.
Jest moim najlepszym przyjacielem, ale…
Złapałem się za głowę
i położyłem się na kanapie. Same problemy. Najpierw śmierć Taigi, teraz Kise
wyznał mi uczucia… Co mam robić? Co robić? Kogo się poradzić? Jest tylko jedna
osoba, która może mi pomóc. Jeśli on zawiedzie, to już sam nie wiem.
- Aomine-kun? – Spytał Tetsu. Nawet przez telefon mogłem wyczuć w
jego głosie zdziwienie.
- Yo – Przywitałem się.
– Tetsu, bo mam sprawę…
- Chodzi o Kise- kuna?
- Skąd wiesz? – Byłem
mega zaskoczony.
- Był u mnie pół godziny temu.
- Ach, no tak… -
mruknąłem zakłopotany. – Pomóż mi, proszę. Sam nie wiem, co robić! Boję się
kogoś pokochać. Jeśli stracę kolejną ważną mi osobę, to ja… Tetsu, wtedy nie
wytrzymam. Strata Kagamiego to już ogromny cios, a gdybym miał… Gdybym… - Z
oczu popłynęły mi łzy. Gdzie ten chamski dupek, którym kiedyś byłem?
- Musisz sobie postawić ważne pytanie. Kochasz Kise-kuna?
- Ja… Nie wiem.
- To się dowiedz. Inaczej nic z tego nie wyjdzie. Bardziej ci już nie
pomogę. Reszta zależy tylko i wyłącznie od ciebie.
Ale mi pomógł. Sam na
to wpadłem.
Spojrzałem na zdjęcie
Kagamiego. Brakuje mi go, ale… Jestem pewien, że on chciałby, bym znalazł sobie
kogoś, kogo pokocham. Ale czy Kise jest tą osobą? Czy będę mógł być z nim
szczęśliwy?
***
- Aominecchi? – Spytał, kiedy zadzwoniłem do niego o dwudziestej
pierwszej. – Ja… Przepraszam… Nie
powinienem był wtedy tak nagle…
- Potrzebuję cię –
Przerwałem mu. – Kise, przyjedź, proszę… - Miałem ochotę płakać. – Ja sam już
nie dam rady… Proszę…
- Um… Zaraz będę!
Czas strasznie mi się
dłużył. Przez cały tydzień zastanawiałem się, co odpowiedzieć Kise. Kiedy w
końcu do niego zadzwoniłem, zacząłem się stresować. Co odpowie? Jak zareaguje?
Co ja zrobię?
Usłyszałem pukanie do
drzwi. Powinienem mu otworzyć, ale… nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie mogłem
wstać. Serce zaczęło mi szybciej bić, a moje ręce zacisnęły się na kanapie.
Spojrzałem na zdjęcie
Taigi. Już byłem pewien. Wiedziałem, co powiem Kise. I wiedziałem, że Taiga
będzie szczęśliwy, widząc moje szczęście.
- Aominecchi! – W salonie
pojawił się model. – Coś się stało? Boli cię coś? Znowu się ciąłeś? – Zasypał
mnie pytaniami, a ja przerwałem mu, mocno się do niego przytulając. Momentalnie
ucichł, powoli obejmując mnie ramieniem.
- Kise… - Załkałem.
Jednak nie dałem rady i popłakałem się jak małe dziecko. – Nie chcę być sam…
Ale boję się, że jeśli będziemy razem, stracę i ciebie… To by było dla mnie za
dużo. Kocham cię, lecz… lecz… Kise! – Mocniej się w niego wtuliłem, pozwalając
łzom na wsiąkanie w jego koszulkę.
- Aominecchi… -
szepnął mi do ucha, po czym mnie mocno przytulił. – Nie zostawię cię, obiecuję.
Zawsze będziemy razem.
Uśmiechnąłem się przez łzy i odetchnąłem z ulgą. Wprawdzie
blizna po śmierci Kagamiego zostanie na zawsze, jednak z pomocą Kise będzie
mniej odczuwalna. Nigdy nie zapomnę o swoim pierwszym chłopaku. Teraz już wiem,
że w moim sercu pozostawił piękne wspomnienia, zapisane w szramie w kształcie
serca.
To jedyna blizna,
która jest dla mnie tak ważna. A Kise jest jedynym lekarzem, dzięki któremu ta
rana już nigdy się nie otworzy.
_______________________________________________________________________________________________________________




Witam po raza drugiego dnia dzisiejszego :D Nie wiem, czy nastała jakaś moda na pisanie takowych smutnych opowieści, czy co to się dzieje na dzisiejszym świecie, lecz coraz to więcej szanownych ludzi piszę właśnie opowiadania o takiej treści :D Czytając o tym, co najdroższy Aominecchi ze sobą wyprawiał, czułam jak me dzikie serducho rozrywa się na drobne kawałeczki, a do mego laptoka wydzierałam się na cały głos: "Weź się natychmiast ujarzmij, idioto! To nie pomoże Ci w żaden sposób! Przecież wszyscy jesteśmy przy Tobie!!!" itp. :D Proszę wybaczyć za me nieokiełznane emocje, lecz kiedy tylko słyszę, czytam bądź piszę o takich rzeczach, to dostaje istnego szała do mózgownicy :D Arcybardzo piękniutko napisane, historyjka łapie za duszyczkę i wszystko dobrze się kończy, choć myślę iż rekonwalescencja Aosia potrwa chwile czasu, bo wyjście z takowego przeokropnego stanu jest procesem bardzo trudnym i wymagającym ogromnego wsparcia ze strony bliskich, a dla wielebnego Daikiego takim wsparciem jest szczera miłość Kisia oraz jego przyjaciele :D
OdpowiedzUsuńŻegnam i ślę pozdrowionka :D ^_^
Również witam i serdecznie dziękuję za tego przearcymiłego koma :D
UsuńPo prostu mnie taka wena naszła, nie wiem czemu akurat na coś takiego XD
CIeszę się, że jednak to opowiadanie wzbudziło jakieś emocje, albowiem taki miałam po części zamiar... ;)
Aoś się z tego wyliże, ma od teraz Kisię, a Kagamiś będzie z nim duchowo :D
Dziękuję raz jeszcze <3
*.*
OdpowiedzUsuń*_*
I co ja mam powiedzieć?
Tak mi się podobało, że nie wiem co...
Biedny Aomincchi...
Nie wolno się ciąć. Mine to wie.
Obiecaj, obiecaj, że nie będziesz!W sumie masz Kise, więc on już cię przypilnuje!
Uśmierciłaś Kagamisia ;-;
N-no nie wiem...
Kise mu pomoże! Jego miłość jest panem serduszka Aosia!
Wiem, że Kagamiś tam daleeeko, a zarazem blisko, w niebie cieszy się i pomaga naszemu Aominecchiemu.
Pewnie już zauważyłaś, że jak nie wiem co napisać, to znaczy, że mi się podoba.
Świetnie napisane, choć smutne...
Dziękuję bardzo :D Też smutłam, pisząc to...
UsuńJak mogłaś uśmiercić mego kochanego Tygrysa??!!? :( smuteł...
OdpowiedzUsuńAle i tak było zajebiste!! Wspaniale opisałaś uczucia i myślenie Daikusia :D to wydawało się być takie realne, bo .. no...czasem te uczucia bohaterów wyglądają na sztuczxe...tobieq wyszło genialnie! :D
Szkoda mi Aomine... Wyglądał tu na zagubionego i smutnego.. ale ma Kise! Wprawdzie blizna zawsze pozostanie, ale przynajmniej nie jest już otwartą raną ;)
Bardzo mi się podoba i obiecuję, że będę tu częściej wpadać, albowiem pokochałam twojego bloga!! Muszę jeszcze przeczytać Akina x Aomine, bo jestem trochę do tylu... Z kolei wielbie też twe one-shoty :D
Weny <3 <3 <3
Taka mała prośba... Napiszesz AoKagę bądź KagaKuro???
Niedługo na pewno ;)
UsuńDziękuję <3 Też smutłam pisząc to, więc wiem, co czujesz ;)